fbpx

Rozmowa z Weroniką Siwiec

W słoneczny niedzielny poranek odwiedzam w holenderskim mieście tysiąca mostów Weronikę Siwiec. Ta dziewczyna o przepięknym uśmiechu i kruczoczarnych lokach to wszechstronnie uzdolniona, inspirująca artystka. Z wykształcenia architektka, utalentowana graficzka i ilustratorka. Jest współzałożycielką marki Eliwer, oferującej ręcznie wykonywane akcesoria i ozdoby na włosy, pomysłodawczynią projektu Budujemy dom, czyli zrealizowanego w nurcie architektury naturalnej domku w Sudetach, założycielką polskiego dziewczyńskiego magazynu Szajn. Dzisiaj pracuje jako graficzka i ilustratorka, a żyje w Holandii. Na miesiąc przed jej trzydziestką rozmawiamy o pracy, pasjach i miłości w Amsterdamie. – Nat Kontraktewicz

Wierzę, że nic nie dzieje się bez powodu. Jaki łańcuch wydarzeń zaskutkował Twoją przeprowadzką do Amsterdamu?

Pierwszy raz byłam w Amsterdamie pięć lat temu w styczniu odwiedzając kumpla, którego z kolei poznałam w Barcelonie. Mimo, że było zimno ludzie siedzieli na zewnątrz, pili kawę, wyglądało to znośnie. Pomyślałam wtedy, że skoro w najgorszym, najciemniejszym miesiącu w roku jest tutaj znośnie, to każdy kolejny będzie tylko lepszy. 2 lata temu w Warszawie poczułam, że muszę się wydostać z tego miasta, było mi źle z powodu serii niefortunnych zdarzeń i mimo że miałam blisko rodzinę i przyjaciół pragnęłam ucieczki. Wysłałam kilka CV do firm w tym mieście i przyjechałam na staż, który rzuciłam po miesiącu.

Czy dzielisz życie na rozdziały? Ten przed Amsterdamem i ten po przeprowadzce?

Wtedy tak nie myślałam, bo planowałam tylko sześciomiesięczny staż, po czym szybko zrozumiałam, że nie chcę wracać, nie mam do czego, bo potrzebuję zbudować coś i odnaleźć siebie na nowo i sformułować swoje życie. Przeprowadzka to ogromna zmiana w głowie i w tym, co cię definiuje. Odczuwam ostatnie miesiące w  Warszawie jako stagnację i uśpienie z nieustającą potrzebą zmiany. W końcu podjęłam tę decyzję i wzięłam sprawy w swoje ręce.

Dużo planujesz czy pozwalasz by życie płynęło swoim tempem?

Stawiam na spontaniczność. Gdy przeglądam letnie festiwale nie mogę kupić biletów, bo przecież nie wiem co będę robić w sierpniu. Wydaje mi się to absurdalne. Oczywiście mam plany, wytyczone cele, ale nie lubię się ograniczać.

Z wielką ekscytacją obserwowałam i wspierałam projekt Budujemy dom. To piękna inicjatywa w polskiej architekturze. Jak widzisz jej przyszłość?

Architektura naturalna to niesamowity kierunek, dla mnie jedyny sensowny. Jeśli kiedykolwiek miałabym wrócić do pracy w zawodzie, to właśnie do niej. Nie tylko używa się naturalnych materiałów, ale buduje się w holistycznej idei, aby to miejsce było szczęśliwe, zdrowe, radosne i dostosowane do potrzeb rodziny. Przykre jest, że ludzie wciąż priorytetyzują inne wartości ponad zdrowie swoje i otoczenia, jest to podobne podejście jak do zdrowej żywności. Kiedy mają więcej wiedzy i pięniędzy pozwalają sobie na świadome zadbanie o siebie i zrównoważone wybory. Mam nadzieję, że ta świadomość będzie się rozwijać, taki też był cel projektu Budujemy dom, co zresztą się udało. Wiem, że dzięki niemu coraz więcej osób zainteresuje się naturalnymi technikami budowy.

Czym jest dokładnie naturalna architektura?

To korzystanie z naturalnych, biodegradowalnych i lokalnych zasobów jak drewno, słoma, glina, konopie czy kamienie pomijając transport, czyli jest trochę na przekór dominującym technologiom. Za tym idą także zrównoważone rozwiązania jak na przykład sposoby ogrzewania domu, które nie nadwyrężają środowiska. Materiały są tańsze, jednak naturalne budownictwo wymaga większego nakładu czasu i pracy rąk.

Mieszkasz w przepięknej europejskiej stolicy, uwiłaś sobie przytulne gniazdko w kamienicy. Jestem ciekawa czy na tym etapie wolałabyś nadal mieszkać w mieście czy jednak mieć swój dom?

Ciągnie mnie na wieś. Idealnym rozwiązaniem byłby oczywiście (chyba każdy teraz o tym marzy) przestronny dom w naturze i z ogrodem, z rozświetloną pracownią, niedaleko od miasta – tak by wciąż móc korzystać z wygód, jakie ono oferuje.

Na swoim instagramie inspirujesz konsekwencją, wytrwałością, kreatywnością. Mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach młodzi ludzie przekuwają każde hobby w pracę i przykry obowiązek. Czy rysowanie to dla ciebie wciąż drobna przyjemność?

Tak, dla mnie sam proces rysowania jest tak przyjemny, medytacyjny i relaksujący, że trudno mi myśleć o nim jak o pracy. Przez to często odkładam na ostatnią chwilę realizację zlecenia. Kiedy brakuje mi wglądu w siebie i dystansu w procesie twórczym, to traci on dla mnie sens. Nie widzę nic złego w zarabianiu na swojej największej pasji, ale dla mnie jest ona zbyt intymna, aby ją w pełni zmonetyzować. Oczywiście wszyscy czasem odczuwamy presję, aby dać z siebie wszystko, być „girlboss”. Nie ma w tym nic złego, ale mam poczucie, że do każdego projektu zawodowego trzeba podchodzić z dystansem, nie próbować nic sobie i innym udowadniać. Praca nie może być jedynym, co cię określa, to jest super niezdrowe.

W ten właśnie sposób zaangażowałam się w projekt Budujemy dom, włożyłam w niego 100% siebie, nie byłam w stanie rozmawiać o czymkolwiek innym, wypruwałam z siebie flaki i przez to wypaliłam się i popełniłam mnóstwo błędów, które wciąż próbuję naprawiać.
Teraz już trochę lepiej wiem, że należy podchodzić do projektów na spokojnie, dbać o swój komfort psychiczny, pozwolić, aby pasja pozostała pasją. Znalazłam na ten moment w życiu dobry balans, jestem zatrudniona jako grafik i dyrektor artystyczny, a ilustracje i identyfikacje wizualne realizuję jako freelancer. Dlatego nie czuję presji, że z rysowania muszę koniecznie robić karierę.

Jesteśmy już w wieku, w którym mamy dość mocno określony styl.

To trudny temat, bo jako mała dziewczynka nie mogłam wybierać sobie ubrań. Moja mama miała świetny gust, jest utalentowana artystycznie, ale aż do nastoletnich lat nie dawała mi przestrzeni na wyrażenie siebie i bunt w tym temacie. Mam wrażenie, że przez to łatwo można wpaść w sidła spełniania oczekiwań „atrakcyjnej dziewczyny”, bycia seksi i do dziś mam problem w rozpoznaniu co mam ochotę założyć a jak powinnam wyglądać według świata. Są elementy w mojej szafie, w których czuję się w 100% sobą, na przykład kombinezon czy ogrodniczki. W nich czuję się swobodnie, jak ziomek, ale jednocześnie mogą być seksi jak założę do nich obcasy. Z kolei w dopasowanych ubraniach czuję się uwięziona, przeseksualizowana, mimo zakrycia ciała.

Zawsze tak było? Bo mam wrażenie, że z czasem przychodzi nam ta umiejętność podkreślania swojej seksualności inaczej niż poprzez głębokie dekolty i obcisłe kroje ubrań.

Przychodzi to z akceptacją ciała i docenieniem siebie, swojej kobiecości. Mając 20-kilka lat często wciąż jeszcze kopiujemy to co widzimy na innych. Teraz jest mi dużo łatwiej wyjść z domu w szerokich spodniach i bez makijażu, mimo że mam problematyczną cerę. W Amsterdamie dziewczyny rzadko się malują i noszą obcasy, natomiast ja na przekór chcę je nosić i tak podkreślać swoją kobiecość. Co ciekawe dużo łatwiej poruszać się na rowerze w wysokich butach niż w nich chodzić i jeździć komunikacją miejską.

Warto zauważyć, ze w Amsterdamie jeździ się na rowerze w niemalże każdym stroju, wszyscy są tu bardzo stylowi.

Amsterdam zmienia Twój styl. Białe szerokie spodnie, jak wczoraj się przekonałam odpadają na rowerze, bo wkręciły mi się w łańcuch i są w smarze, który ciężko wyprać. Zima zniechęca też do noszenia ładnych płaszczy, rowerzyści wybierają kurtki i bardzo „seksowne” ortalionowe spodnie, które się zdejmuje po jeździe. Są nawet chroniące przed deszczem kombinezony ortalionowe za 20 euro w sieciówkach. Pogoda jest nieprzewidywalna, deszcz może tu spaść każdego dnia. Do tego przydają się wodoodporne nakładki na buty, bo wszystkie moje skórzane buty do niczego się nie nadają po jednym sezonie.

Akceptacja ciała, o której wspominasz przywołuje mi do głowy Twoje rysunki. Są pełne cielesności, radosnej kobiecości, o pełnych, krągłych kształtach.

Kobiecie ciało jest dla mnie dużą inspiracją, lubię obserwować jak reaguje na różne stany emocjonalne, jakie są jego intuicyjne reakcje. Mój problem z głośnym ruchem body positive jest taki, że nie odnoszę go do końca do siebie. Lubię siebie szczupłą, wysportowaną, chcę oczekiwać od siebie pracy nad sylwetką i mieć te kilka kilo mniej. Podziwiam pełne kształty kobiet, natomiast ćwiczenia i dbanie o swoje ciało sprawiają mi przyjemność.

Myślę, że najważniejsze jest, abyś to właśnie Ty się czuła dobrze w swojej skórze i była zdrowa niezależnie od rozmiaru ubrań, które nosisz ani trendów.

Tak, akceptacja jest kluczem dobrego samopoczucia. Z ciekawością zauważam swoje zmarszczki, ale nie czekam z ekscytacją na zmiany w moim ciele, chciałabym zatrzymać młodość jak najdłużej. Pierwsze zmarszczki, które pojawiły mi się przy ustach zaakceptowałam jako coś nowego i uśmiech z nimi jest zupełnie inny.

Koniecznie musisz się uśmiechać nieustannie, to najważniejszy element stroju. (śmiech) A skoro o zalotach mowa, to muszę zapytać o holenderską płeć przeciwną. Jacy są chłopcy, czy dostrzegasz różnice kulturowe w relacjach damsko- męskich? Jaka jest miłość w Amsterdamie? To mnie dopiero bardzo interesuje!

Mnie też! (śmiech) To coś to rzuca się w oczy, chłopcy są tutaj niesamowicie atrakcyjni, mają piękne włosy – złociste loki, są wysocy, mają świetny styl i godne twarze. Są inni w okazywaniu uczuć, ekspatki śmieją się, że Holendrzy nie potrafią flirtować. Co ciekawe to dziewczyny robią tu pierwszy krok, co kontrastuje z naszym polskim wychowaniem – to przecież facet poluje wychodzi z inicjatywą. Uważam siebie za feministkę, ale mam opory aby podejść do faceta w barze. Chcemy przecież być księżniczkami, mimo iż potem oczekujemy partnerskiego związku! (śmiech).

Polki są skomplikowane! (śmiech)

Poznawanie ludzi w obcym mieście jednak nie jest łatwe, jeśli nie korzystasz z appek typu Tinder, to poza pracą i znajomymi znajomych ciężko poszerzyć grono. W Warszawie miałam wrażenie, że widziałam już wszystkich, a tu przemiał ludzi jest ogromny, miasto jest pełne dwudziesto- i trzydziestolatków, więc szanse są zwiększone. Powiem ci więcej po kilku latach. (śmiech)

No właśnie, a jakie są Twoje najbliższe cele, marzenia?

To coś, co się ciągle zmienia. Chciałabym zyskać niezależność i pracować dla siebie, mieć własne małe studio kreatywne. W kontekście marzeń byłaby to świetlista pracownia z zielenią za oknem, w której tworzyłabym. Ale jest to coś odległego i na razie niemożliwego do zrealizowania. Marzę też o zrobieniu szkolenia na instruktora jogi i rozwijaniu dalej umiejętności manualnych, analogowych, niezwiązanych z komputerem, jak praca z ceramiką.

Mierzmy wysoko, wierzę, że ta własna kreatywna przestrzeń jest celem, który zrealizujesz prędko. Niech to będzie nawet w Portugalii, tak jak sobie wyśnisz!

Tak, to by było wspaniałe!

Na koniec podziel się swoim motto lub życiową mądrością.

Chciałabym się przestać mądrzyć. (śmiech)

Inspiracje:

Miejsce : amsterdamskie parki i podmiejski las, Amsterdamse Bos;
Kawiarnia: Staring at Jacobs z naleśnikami kimchi na śniadanie;
Sklep: vintage, na przykład siec Episode lub We Are VIntage;
Piosenka: In Your Eyes / BadBadNotGood;
Na instagram obserwuje: głównie joginki i tancerki hula hop 🙂 @karla_deras @gkeroparis;
Wydarzenie: w Polsce latem koniecznie Osada Twórców.

To piękne zakończenie, bardzo Ci dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała/zdjęcia: Nat Kontraktewicz

do Góry