fbpx

Rozmowa z Natalią Żyro

Nosi oversize-owe swetry i luźne sukienki. Znak rozpoznawczy – burza włosów zwinięta wysoko w kok. Jeszcze przed snem odpisuje na maile leżąc obok Rysia, jej ukochanego psiaka, zawinięta w koc na materacu w swoim klimatycznym, kolorowym domu. Odkąd się obudziłyśmy telefon dzwoni nieustannie. „Nie, niestety nie ma możliwości, ruszamy 11-go maja. Proszę o zapisy z wyprzedzeniem, bo mamy już dużo terminów zajętych” odpowiada Natka na pytania stęsknionych za obcowaniem z naturą osób. Na śniadanie pałaszujemy jajka od jej cioci i ser kozi z Pupek, pakujemy się i ruszamy do Ględ malować dalej domek, w którym w sezonie odbywają się kojące zabiegi. Natalia Żyro zaczęła swoją pracę jako mobilna masażystka pod nazwą Madame La Mode, a lecznicze masaże wykonywała w dowolnym miejscu, np. na tarasie nad jeziorem. Camp Spa stworzyła razem z Waldkiem Dąbrowskim i we współpracy z Glendorią (pierwszy glamping w Polsce). To wyjątkowe miejsce w środku warmińskiego lasu przyciąga prostotą i wyjątkową formą, można w nim zażyć gorącej kąpieli w balii, masażu w leśnej głuszy, czy sesji w saunie w drewnianej chatce. – Nat Kontraktewicz

Od zawsze mieszkałaś na wsi, czy miałaś okazję poznać życie wielkomiejskie?

Ostatnio mam okazję częściej bywać w Olsztynie ale zdecydowanie wolałabym osiąść na wsi. Miasto widzę jako rozwiązanie tymczasowe. Przez rok mieszkałam też w Amsterdamie, uwielbiałam to miasto, ale brakowało mi tam przestrzeni.

A jeśli wieś, to właśnie Kawkowo czy wyobrażasz sobie życie w innym miejscu?

Czuję ogromną przynależność do Kawkowa. Suwalszczyzna i Podlasie też są piękne, jednak niechętnie bym się wyniosła tak daleko. Ale im dziksze miejsca tym lepiej.

Wiele ludzi w naszym wieku ma dużą potrzebę ciągłego przemieszczania się, zmiany otoczenia i rzadko spotykam osoby jak Ty, które od urodzenia mieszkają w jednej miejscowości. Pielęgnacja rodzinnych więzi musi być wyjątkowo silna. To cenna, piękna wartość.

Bardzo lubię przemieszczać się i podróżować. Tak spędzam zimę. Docelowo jednak lubię „zjechać” na wieś 🙂 tu można się elegancko zaszyć, zmniejszają się Twoje potrzeby. Widzę te różnice w priorytetach między ludźmi wielkomiejskimi a ze wsi. W mieście trudno mi się odnaleźć, może to lęk przed szumem miasta, przed ilością i odmiennością bodźców, które do mnie docierają. Póki co brakuje mi pomysłu na miejskie życie 😉

Tutaj mieszkasz blisko rodziny. Ja znam tylko życie w wersji „młodość w domu rodziców i jak najszybsza wyprowadzka na swoje”. Czy ta zażyłość jest wyjątkowo charakterystyczna dla życia na wsi czy po prostu dla Waszej rodziny?

Kiedyś, i pewnie jeszcze do dziś, w domach wiejskich żyły wielopokoleniowe rodziny. My mamy bardzo dobry kontakt, choć teraz bywając w mieście zaczynam doceniać, że nie ma rodziców za ścianą (śmiech). Z siostrą mamy podobne charaktery, potrafimy koegzystować przez tydzień, dwa a potem zachować swoją przestrzeń. Wszyscy mnie wspierają i pomagają w Camp Spa. Ostatnimi czasy dużo łatwiej jest mi się dogadać z osobami, które już znam i mnie wyczuwają, dlatego chętniej współpracuję z nimi. Ważne jest dla mnie w tym momencie życia poczucie bezpieczeństwa i otaczam się samymi najbliższymi osobami.

Kawkowo i jego okolice to magiczne miejsce. Ludzie są tu wyjątkowo przyjaźni, gościnni, współpracują ze sobą, tworzą sztukę, samoistnie powstał w tym rejonie ośrodek kulturalny. Piękna agroturystyka, slow-life niezaburzony komercjalizacją. Doceniają to ludzie, którzy na „wczasy” nie wybierają najpopularniejszych miejsc jak Zakopane czy jarmarczne miejscowości nadmorskie. Myślisz, ze jest jakiś powód, dla którego tak właśnie jest?

W odpowiednim czasie napłynęły tu odpowiednie osoby, stworzyła się swego rodzaju enklawa. Na początku lat 70-tych zjechało się w te okolice sporo hipisów, freaków, artystów głównie z Warszawy. Korzenie mojej rodziny nie sięgają tu setek lat, ale ja się wychowałam z dzieciakami tych osób więc dla mnie wszyscy jesteśmy mieszkańcami tego skrawka ziemi. Jest duża otwartość między nami i wsparcie, polecamy się nawzajem. Realizując swoje pomysły i mając zaplecze takich ludzi wiedziałam, że nie spotkam się z falą krytyki. Gdy z kolei w Olsztynie poszłam do urzędu pracy zgłosić, że chciałabym prowadzić mobilne spa, to urzędniczka mnie spytała czy będę jeździć z dmuchanym basenem do klientów.

Ile czasu i ile osób potrzeba było do stworzenia Camp Spa od podszewki?

W 2012 roku powstał pomysł mobilnego spa i ruszyłam z nim w maju, jednocześnie mając marzenie o czymś jak Camp, który jeszcze wtedy nazywaliśmy z Waldkiem Parkiem Spa. Dzięki mojemu przyjacielowi zapoznałam właścicieli Glendorii i od 2013 roku współpracowałam z nimi masując gości w jednym z namiotów. W 2014 już zaczęliśmy budowę i pierwsze testy campu dzięki ich wsparciu. Wszystko powstało z pomocą naszych przyjaciół i okolicznych znajomych, od najdrobniejszych detali jak teksty na stronie internetowej, zdjęcia, oprawa graficzna, kosmetyki, sery, cydry. Wszystko jest integralną częścią tej okolicy. Ostatnio, gdy spacerowaliśmy po Campie z Waldkiem, zdaliśmy sobie sprawę, że nie ingerowaliśmy w naturalny krajobraz, nie wycięliśmy żadnego drzewa. Wmontowaliśmy się w otoczenie zachowując naturalną, dostrzegalną przez naszych gości dzikość tego miejsca.

Zdarza się, że goście pytają Was o wifi i inne wygody dzisiejszych czasów?

Tak, ostatnio dostałam super wiadomość odnośnie naszego „kompleksu” (śmiech), oraz o to, gdzie jest najbliższe lotnisko. Zadzwoniłam do Waldka, że musi szykować lądowisko w lesie (śmiech). To ciekawe, ale wiele osób wyobraża sobie, że wszystko jest w jednym miejscu, a tak naprawdę wszystkie miejsca (kąpiele, masaż, sauna) są oddalone od siebie, więc zachowujemy intymność. Gości nie możemy przyjąć jednak wielu, na co wszystkich uczulamy. Maksymalnie przyjmujemy 15 osób, przy czym zwykle jest to jedna grupa znajomych, bądź 3-4 niezależne pary. Staramy się by zabiegi nie nakładały się na siebie, więc goście mają poczucie, że są sami w lesie. Gdy pytają czy planujemy coś nowego, to myślimy o tym niechętnie, a jeśli już to na pewno nie powstałoby to tu.

Nadal czerpiesz przyjemność z wykonywania zabiegów? Czy przy takim życiu można doświadczyć wypalenia zawodowego?

Jest masa drobnostek, o które musimy zadbać jako gospodarze i jest to ważniejsze niż sama fizyczna praca masażystki. Ale cały czas masuję i działam. Korzystamy z dodatkowej pomocy w weekendy, by trochę odpocząć, bo działamy 7 dni w tygodniu przez 5 miesięcy. Wykonujemy nie więcej niż 4 masaże dziennie, dochodzą też osoby, które przychodzą zobaczyć Camp, chcą zagaić, dopytać. Tu świetnie się uzupełniamy z Waldkiem, bo on przejmuje pałeczkę w rozmowie. Lubię też mieć wszystko przewidziane i zorganizowane, stąd też taka formuła Campu – nie przyjmujemy gości bez wcześniejszej rezerwacji. Marzy mi się, by działać dłużej w roku, na przykład przez 9 miesięcy. A jeśli działać to może mniej fizycznie, skupić się na detalach i zająć się nowym projektem.

Co nowego planujecie na ten sezon?

Kąpiele mineralne, które są nawiązaniem do prastarych tradycji kąpielowych, w których rolę “płynu do kąpieli” pełniły minerały powulkaniczne tj. zeolit i natron (soda rodzima).

Lawendowe i rozmarynowe oleje, peeling z gruboziarnistej soli… Skąd Twoja wizja na kosmetyki i formę Campu?

Wyznaję zasadę prostoty, „im mniej tym lepiej”. I kosmetyki oczywiście muszą być naturalne. Zdobywamy je bezpośrednio od osób, które je wytwarzają, mamy wiedzę o tym, jak to robią, znamy ich energię. W tym roku zrezygnowałam też z ajurwedyjskich masaży, ponieważ nie pasowały mi do całości. Była kiedyś moda na masaże kamieniami, bambusami, masaże balijskie. Goście ich nie rozróżniają, o 2/3 nie mają w ogóle pojęcia. A celem jest po prostu relaks. W Campie bazujemy na klasycznym masażu, dostosowujemy technikę i intensywność indywidualnie i pozwalamy gościom na wybór zapachu oleju.

Musicie mieć dużą frajdę mając do swojej dyspozycji saunę czy balię i sami testujecie na własnej skórze dobroczynne działanie zabiegów, które oferujecie innym!

Najlepszy moment dla nas na testowanie jest przed sezonem. W trakcie sezonu rzadko znajdujemy czas na czerpanie z dóbr campu. Wszystkie seanse i zabiegi są na wyłączność gości. Nie działamy też jak uzdrowisko. Goście korzystają maksymalnie z jednego, dwóch zabiegów, bo przyjeżdżają tu na krótki czas. Efekt finalny zależy od ich nastawienia, nie sprzedajemy zabiegów jako cudownych. Nie lubię bajek i lubię proste rozwiązania. Wierzę w moc księżyca i w różnych fazach odczuwam zmiany nastroju, ale nie jestem fanatyczką. Fizyczność i duchowość to indywidualna kwestia. W Campie sprawdza się neutralność. Nie jesteśmy ośrodkiem, który robi wymyślne zabiegi z ciałem i duszą. Sama natura już robi swoje, a to ile z zabiegu wyniesie dana osoba zależy przede wszystkim od niej. Oddajemy gościom naszą przestrzeń bez większej ingerencji w to, jak wykorzystają ten czas i chyba to jest najpiękniejsze.

Inspiracje:

Muzyka: Nick Cave, Peter Gabriel, Loenrad Cohen;
Film: Federico Fellini “osiem i pół”;
Album fotograficzny: David LaChapell – kolory;
Podróże: Sankt Petersburg, kolej transsyberyjska, ale też Szwecja, Norwegia, Islandia, z tych małych marzeń Czarna Bania w Wodziłkach;
Lokalne produkty: warzywa z ogródka Darki, gęsi Mleczyka;
Wydarzenia: najbardziej mnie kręcą kameralne spotkania w towarzystwie bliskich osób.

Pięknie dziękuję za rozmowę, Natka.

 

Rozmawiała/zdjęcia: Nat Kontraktewicz

 

do Góry