fbpx

Podwodna kinematografia. Rozmowa z Arturem Zwierzchowskim.

Nasza rozmowa trwała ponad dwie godziny, a mogłaby i dłużej, bo jego życie pełne jest zabawnych wydarzeń i przypadków… a może po prostu znaków przeznaczenia? W nostalgiczną podróż (dosłownie, bo w swoim pięknym, starym Volvo) do lat 90-tych zabrał mnie Artur Zwierzchowski, zwany w środowisku filmowym Zwierzakiem. To jeden z tych inspirujących ludzi, których po prostu chcesz słuchać i dzielić ich dobrą energię. Opowiedział mi o kulisach powstawania polskiej telewizji i kina, a przede wszystkim o wyjątkowej pracy, którą wykonuje – z kamerą pod wodą. W wolnym czasie z pasją wypieka chleb, uprawia jogę, medytuje i podróżuje. Nieustannie się uśmiecha. Backstage pracy i jego hobby możecie podglądać na instagramie @artur_zwierzak_zwierzchowski oraz na @aquafilm_poland. ​- Nat Kontraktewicz

Jesteś operatorem podwodnym. Ta praca wydaje się być czymś fascynującym.

Tak naprawdę jestem po prostu operatorem, a przez przypadek wszedłem w taką a nie inną niszę, która w Polsce przez wiele lat nie była w niczyim zainteresowaniu. Zacząłem sam, a po 5 latach dołączył do mnie mój obecny wspólnik, który jeszcze do niedawna zawodowo łączył sztukę z biznesem. Znaliśmy się i nurkowaliśmy od lat. Pracując w wodzie potrzebowałem osób, z którymi rozumiem się bez słów więc Alek był idealnym kandydatem. Współpraca zawodowa nie tylko wzmocniła naszą relację. Oprócz wspólnika zyskałem jednego z najlepszych przyjaciół.

Opowiedz zatem czym był ten przypadek, który spowodował taki tok wydarzeń.

Początek jest w zasadzie w podstawówce. Zapisałem się na kurs fotografii w Domu Kultury Muranów za namową kolegi, który był zajarany, że zdjęcia wywołuje się w ciemni. Mój tato miał Prakticę LTL3, która w tamtych czasach robiła wielkie wrażenie. Wkręciłem się więc w fotografię. Rodzice po jakimś czasie zwrócili mi uwagę, że za mało czasu poświęcam na naukę a wykładowca z tego kursu zadzwonił do nich mówiąc, że to co robię jest dobre i że nie powinienem z tego rezygnować. W międzyczasie wydarzyła się też śmieszna sytuacja. W młodych ludziach pojawiała się złota żyłka biznesu. Jeden z moich kumpli otrzymywał od ojca z Hamburga Popcorn i Bravo, które w Polsce były niedostępne. W środku byłī rozkładówki z zespołami – Limahl, Duran Duran, Roxette, Guns’n’Roses czy Depeche Mode. Wszyscy chcieli mieć te piękne zdjęcia, więc wymyśliliśmy z kolegami, że będziemy tworzyć reprodukcje tych plakatów fotografując je. Korzystając z wiedzy zdobytej na kursie robiliśmy z nich odbitki i sprzedawaliśmy je w szkole. Biznes szedł dobrze dopóki rodzice się nie zorientowali, że ich pociechy zamiast jeść śniadanie to kupują u nas plakaty (śmiech).

W 89 roku byłem w technikum elektronicznym, gdzie nie mogłem się odnaleźć. Wróciłem do tematu fotografii, gdy poszukiwano zainteresowanych do grupy teatralnej i klubu wideo. Robiliśmy scenki aktorskie i nagrywaliśmy je na starych kamerach VHS. To mnie nakręciło z kolei na pracę z ruchomym obrazem i tak trafiłem na praktyki na Woronicza, które pokazały mi, że właśnie tym chcę się zajmować. Po technikum chciałem od razu składać papiery do Łódzkiej Szkoły Filmowej, ale już po wstępnych konsultacjach wiedziałem, że nie będzie łatwo i szybko. Dlatego ratując się przed wojskiem „na chwilę” poszedłem do fototechnikum na ul. Spokojnej do klasy audiowideo. Tam też zgłosiłem się na praktyki w Gutek Film, który miał wtedy kina na Muranowie i Nowym Świecie, dzięki czemu zrobiłem licencję kinooperatora, co teraz jest śmiesznym dokumentem, bo w dzisiejszych czasach naciskasz „play” i film się pojawia na ekranie kinowym. Kiedyś były to zmiany rolek, klejenie i przewijanie taśmy, wymiany lamp w projektorach, itp. Najgorszy koszmar operatory to gdy zerwała się taśma, trzeba było ją szybko kleić i nawijać w stresie wysłuchując gwizdy z publiki (śmiech). Wtedy najnowocześniejszym kinem w Warszawie była nieistniejąca już Femina. Pamiętam jak chodziliśmy tam z kolegami oglądać pierwsze w Polsce zautomatyzowane projektory i dekodery systemu Dolby. W tym czasie zamiast chodzić do szkoły, godzinami oglądałem wszystkie premiery prasowe pod pretekstem praktyk.

Pamiętasz jakieś filmy z tego okresu?

Tak, Pi (1998), Smoke, Pillow Book oraz Kawa i papierosy urwały mi głowę.

A czy są filmy, które wpłynęły na Ciebie ogromnie, zmieniły Twój światopogląd?

Uwielbiam kino, mam listę ukochanych filmów, do których chętnie wracam i oglądam po 20 razy, ale nie, żaden nie zmienił mojego sposobu patrzenia na świat.

A wracając do Twojej zawodowej historii…

No właśnie… zacząłem także pracować dla jednej z warszawskich gazet jako fotoreporter i w zastępstwie fotoedytor. Przy tej okazji też mam śmieszną anegdotkę à propos cyfryzacji. Któregoś dnia zamawiając zdjęcia do artykułów pracowniczka PAPu zapytała mnie, czy nie mogliby zacząć przekazywać nam fotografie w wersji elektronicznej na dyskietkach. Na co ja wybałuszyłem oczy i pytam „Elektronicznej? Ale co to znaczy?” (śmiech). W mojej gazecie na tą propozycję wybuchła panika, „Co? Nie ma takiej możliwości! To jest wymysł szatana!” (śmiech).

Ja tak bardzo oddałem się pracy, że któregoś dnia przyszedłem do szkoły a sekretarka mówi, że jestem relegowany, bo mam same nieobecności i brak zaliczeń. Spanikowałem, bo już oczami wyobraźni zobaczyłem wojskową komisję uzupełnień. Napisałem przepiękne odwołanie, gdzie oczywiście ubarwiłem i udramatyzowałem swoją historię (śmiech). Moje podanie przyjęto jednogłośnie, podobno 2 osoby płakały jak to czytały (Artur śmieje się i pokazuje znak zwycięstwa). Potem dostałem propozycję pracy w telewizji za duże i łatwe pieniądze. Wiedziałem, że źle robię i że ta droga z całą pewnością oddala mnie od łódzkiej filmówki… Ale może tak miało właśnie być…

A teraz dzwonią do Ciebie z filmówki, aby zaproponować Ci prowadzenie warsztatów dla ich studentów!

Tak, śmiesznie się ułożyło. Wracam tam jako pan profesor (śmiech). Jak się okazało razem z innymi osobami ściągniętymi z różnych miast i innych firm stworzyliśmy pierwszą ekipę nowo powstałej telewizji TVN. Pracując w tej stacji wyrobiłem sobie rękę jako operator, działałem w newsach i reportażach. Tam też spotkałem ludzi, z którymi współtworzyłem program muzyczny. To były czasy MTV i Ray Cookes, gdzie prezenter rozmawiał ze swoim operatorem,a kamera cały czas była w ruchu. Więc my też to wprowadziliśmy, funkcjonowałem jako „operator Zwierzu” i odpowiadałem na zaczepki prezentera (śmiech). Okazało się, że osoby tworzące ten program muzyczny były bardzo ważnymi postaciami w historii polskiego teledysku. Odpowiedzialni byli za Sopot, Opole, teledyski Edyty Bartosiewicz, Varius Manx i Justyny Steczkowskiej. To z nimi pracując m.in. przy teledyskach Kayah, Kory, Natalki Kukulskiej i niezliczonej ilości reklam nauczyłem się tak naprawdę fachu operatorskiego. Otworzyło mi to drzwi na kolejne projekty na zewnątrz TVN. Po jakimś czasie byłem zmęczony reportażem, patrzeniem na ludzkie cierpienie, ale też manipulacją i dramatyzowaniem, bo płacz, czyjaś tragedia lepiej się sprzeda w telewizji. Nie chciałem już dłużej tego wykonywać, dlatego odszedłem ze stacji.

A jak w tym wszystkim znalazło się nurkowanie?

Zaczęło się od wspinaczki i taternictwa jaskiniowego. Tak się złożyło, że mój ówczesny instruktor i przyjaciel – Krzysiek był wtedy w czołówce polskich nurków jaskiniowych. To przy nim w 96. roku stawiałem pierwsze kroki pod wodą. On wszedł do światowej czołówki nurków jaskiniowych a ja do kinematografii podwodnej. Zdobyte uprawnienia uprawnienia po raz pierwszy wykorzystałem w pracy z kamerą podczas jednego ze zleceń dla programu przyrodniczego na Morzu Bałtyckim kręconego we współpracy z Muzeum Morskim. W tamtych latach niewielu było nurkujących operatorów łączących zawodowo obie pasje. Szczęściem moim było, że zadzwonili akurat do mnie. Nad wrakiem „staliśmy” przeszło tydzień wykonując średnio dwa głębokie nurkowania w odstępach określonych specjalnymi tabelami. Te wydłużające się przerwy w nurkowaniach oraz presja czasu i pieniądza po kilku dniach spowodowały, że do wody wchodziłem bez względu na porę. Czasem była to trzecia w nocy, czasem szósta rano, a czasem południe. To w połączeniu ze słabym stanem morza, niską temperaturą, co raz dłuższymi przystankami dekompresyjnymi, a w rezultacie strasznym zmęczeniem spowodowało moje wątpliwości czy oby napewno chcę to robić. Niewątpliwie był to bardzo mocny test, rodzaj zawodowego chrztu. Na szczęście kolejny raz już wypadł w całkowicie innych warunkach. Republika Południowej Afryki, słońce, ciepła woda i delfiny. To była moja pierwsza podwodna reklama. Taki rodzaj przepustki do zawodowego świata podwodnych operatorów. No i delfiny! Spędziłem z nimi kilka dni czując się niemal jak bohater „Wielkiego Błękitu” Luc-a Besson. Miałem wyłączne prawo wejść sam do basenu, bo te zwierzaki z całej ekipy zaakceptowały tylko mnie. Czułem się wyjątkowo, niczym wybraniec. Ze mną się bawiły i wygłupiały, a przy innych czuły się zagrożone i atakowały. Komunikowałem się z nimi prostymi znakami dłońmi. To były zwykle komendy, na które one odpowiadały czynnościami lub mam wrażenie śmiechem i nabijaniem się ze mnie. To jak mnie zaakceptowały i jak szukały kontaktu ze mną, to jedno z najwspanialszych doświadczeń jakie miałem w życiu. Jestem bliski wiary, że my, ludzie, wywodzimy się z wody, wyszliśmy z niej, a one tam postanowiły zostać. Nauczyłem się tam bardzo dużo, liznąłem tam zawodowego świata podwodnej kinematografii. Gdy wróciłem, szybko rozeszła się informacja pocztą pantoflową, że to ja robiłem zdjęcia do tej reklamy. Posypały się zlecenia na kolejne takie realizacje, połączyłem siły z Alkiem, zbudowałem wokół siebie zespół ludzi do pomocy, kupiliśmy w końcu filmowy sprzęt podwodny i tak otworzyliśmy rynek zawodowego filmu podwodnego w Polsce. Na ten moment oferujemy kompleksowe usługi: zabezpieczamy plany, szkolimy aktorów, wypożyczamy sprzęt i konsultujemy scenariusze jeszcze na etapach ich powstawania. W naszym zespole mamy operatorów, asystentów od kamer, podwodnego gaffera (czyli mistrza oświetlenia), nurków dyżurnych i nurków zabezpieczających (safety divers). Większość z nas posiada wyższe uprawnienia nurkowe dzięki czemu sami prowadzimy kursy i warsztaty.

Ciężko jest wejść ci w słowo, bo historie, które opowiadasz są niesamowite! (śmiech) Wygląda na to, że zmieniliście oblicze polskiej kinematografii. Opowiedz mi o życiu na planie, jak to wygląda w praktyce?

Praca z kamerą pod wodą nie jest tym samym co nurkowanie dla przyjemności. Priorytetem nie są Twoje przeżycia tylko zrealizowanie zadania. W 99% przypadków ze względów bezpieczeństwa i potrzeby kontroli nad środowiskiem pracujemy w basenach. Klienci często przechadzają się z drinkami na krawędzi takiego basenu i mówią, że żałują, że nie mogą do nas wskoczyć. Oni się zmoczą, zmarzną i wyjdą po 30 minutach a my spędzamy tam dużo więcej czasu. Dlatego też wyposażeni jesteśmy w grube pianki lub wręcz w tzw. suche kombinezony, ale mimo wszystko brak ruchu i długość pracy w wodzie powoduje poważny problem wyziębienia organizmu.

Komunikujemy się z „górą” bezprzewodowym systemem łączności. Reżyser z powierzchni może zaś przy pomocy specjalnego podwodnego głośnika przekazywać instrukcje aktorom i w ten sposób pomóc im psychicznie poradzić sobie z wyzwaniem pracy pod wodą, bo przecież nic lub niewiele widzą, wysłonięty „na czarno” basen zaburza orientację a oni jeszcze mają grać! Jest to ogromnie stresujące dla nich doświadczenie i choć dokoła mają nurków zabezpieczających, którzy nie pozwolą im utonąć, to sama możliwość zachłyśnięcia jest przerażająca. Ten głos z góry „od boga”, który go widzi, prowadzi, jest dla aktora bardzo ważny.

Poza tym to po prostu trudna praca fizyczna. Producenci, twórcy czy aktorzy też nie zdają sobie sprawy z tego, jak ciężko jest chociażby przesunąć się o metr. Czasem dzień pracy jest dwunastogodzinny z zaledwie godzinną przerwą. Naszym rekordem było spędzenie w sumie 12 godzin w samej wodzie (do tego trzeba doliczyć godziny przygotowań i rozbiórkę planu po zdjęciach). Przy ponad osiemset-krotnie gęstszym środowisku od powietrza i poruszaniu się w ciężkim osprzęcie wydatek energetyczny jest dramatycznie wysoki. To niemal jak praca w kopalni.

No właśnie, a co jest dla Ciebie odskocznią od ciężkiej pracy fizycznej?

Wkręciłem się już dawno temu w mąkę i wodę mając mnóstwo znajomych z branży gastronomicznej i otrzymałem ogromne wsparcie od nich, kiedy mówili, żebym otworzył piekarnię. Joga pojawiła się niedawno za sprawą pewnej ważnej dla mnie kobiety. Dla niej joga wiele zmieniła w życiu, postanowiłem sprawdzić na ile mi może pomóc teoria dbania o umysł i ciało. Jest to też ładna, plastyczna aktywność, co mnie urzekło. Mindfulness jest wynikiem mojego wciągnięcia w medytację i stało się częścią mojego życia. Tak samo bieganie, które pomaga mi utrzymać sprawność fizyczną i wytrzymałość. Daje mi przyjemność taka walka ze sobą i udowadnianie sobie, że mogę coraz więcej. Mindfulness weszło w rytm mojego życia, dzięki temu uspokajam się, ogarniam stresujące sytuacje, przestałem też przerażać moich współpracowników (śmiech). Chciałbym, aby joga również stała się takim elementem, mimo iż za każdym razem jak jestem na zajęciach zastanawiam się „co ja tu robię” (śmiech). Do jogi podchodzę bardzo technicznie i wysiłkowo. Jestem jedyną osobą na zajęciach, z której leje się pot jakbym ciężary podnosił, a wszystkie dziewczyny dookoła robią lekko pozy, pyk, pyk, pyk (śmiech). Po ćwiczeniach czuję się jednak świetnie, zrelaksowany i cieszę się, że robię coś dla siebie. A czas najwyższy, bo człowiek się orientuje, że już jest stary! (śmiech)

Jakie masz teraz marzenia?

Cała sytuacja w kraju zachęca mnie do wyprowadzki w miejsce, gdzie mógłbym spokojnie doczekać starości. Gdzieś gdzie jest miło, ciepło, można usiąść z piwkiem nad oceanem i może posurfować, bo to jest coś co chciałbym zacząć robić. Miejscem takim dla mnie jest Teneryfa na Wyspach Kanaryjskich. Od słów do czynów, w wieku 43 lat zacząłem się uczyć hiszpańskiego. W moim domu ten język był często używany, bo rodzice z moim bratem spędzili wiele lat na Kubie i tam budowali komunizm poprzez rozwój kopalni. Mój wspólnik już się przeniósł na Teneryfę. Ja wciąż ogarniam nasze interesy tutaj w Polsce, trochę w Europie, a ostatnio tak naprawdę jeszcze dalej. Liczę na kolejne sukcesy w branży, angażuję się teraz też w warsztaty z młodymi twórcami… ojej, to zabrzmiało jakbym miał 60-parę lat (śmiech).

Nie przesadzajmy, trochę trudno uwierzyć, że rzeczywiście mógłbyś być ich rock&rollowym ojcem (śmiech).

Zmieniają mi się priorytety w życiu, jestem zmęczony operatorką i chciałbym przystopować z pracą, więcej podróżować po prostu dla przyjemności. Czas zrobić coś dla siebie. Wydarzenia, które miały miejsce w moim życiu w zeszłym roku, spowodowały, że zahamowałem, dałem sobie dużo luzu, wyciągnąłem wnioski o tym co mogę uskutecznić, poprawić, bo czułem, że jestem w zamkniętym kręgu i popełniałem te same błędy. Teraz już odczuwam, że jest dużo lepiej. Mam pomysły na podróże, jestem zapalonym camperowiczem. Od wielu lat marzę, by pojechać moim starym camperem do Portugalii. Może w tym roku się to uda i połączę to z nauką surfowania. A może Brazylia? Słyszałem, że tam też są fajne szkoły!

Masz niezłą dawkę zajawek w życiu!

Niezależnie, czy będę jeździć na rowerze po Mokotowie i pić kawę ze znajomymi w Relaksie, czy mówić po hiszpańsku i pływać w Portugalii, czy piec chleb dla przyjaciół – najważniejsze to mieć frajdę z tego co się robi.

Inspiracje:
Kawiarnie: Relaks, Relax, Coffee Desk a w nich kawa z przyjaciółmi;
Restauracje: Wege Małpa, Kraken i Bjerut, Mod, Vegan Ramen shop, Jednorożec;
Miejsca: Gdynia, a w niej moi przyjaciele z Marynarki Wojennej, morza i oceany czyli po prostu woda, Tatry, Siedlisko Pasieka moich przyjaciół, gdzie stawiałem pierwsze kroki w pszczelarstwie, Kino Luna i Atlantic;
Wydarzenia: Pikniki i Kino Letnie​ na polu Mokotowskim;
Zakupy: Heritage, Makutra
Filmy: Wielki Błękit, Otchłań, Obcy, Coś, Piąty Element, Pi, Smoke, Pillow Book, Kawa i papierosy,, 180South, Ukryte Pragnienia.

Pozostaje mi życzyć Ci tych zachodów słońca z piwem w ręku na kanaryjskim wybrzeżu w niedługiej przyszłości. Dziękuję ci za rozmowę, Artur.

Rozmawiała/zdjęcia: Nat Kontraktewicz

do Góry