fbpx

Na własnych zasadach – Iza i Tomek o prowadzeniu domu gościnnego

W miasteczku Brzozów odnaleźli swój dom i stworzyli w nim przytulne, kameralne gniazdko dla gości. Dzielą się z nimi domową, wegańską kuchnią, pięknym ogrodem i śpiewem ptaków zamieszkujących okoliczne lasy. Docieram tam po 7-godzinnej podróży z Warszawy i naturalnie wchodzę w tryb slow-life a rano wybudzam się ze snu słysząc muzykę puszczaną z winyli i czując ciepłe promienie słońca wpadające do mojego pokoju noszącego nazwę od gatunku ptaka, Rudzik. Iza i Tomek przełamują stereotypy, inspirują pracowitością i wytrwałością w dążeniu do spełnienia marzenia jakim było prowadzenie domu gościnnego.  W szczerej rozmowie opowiadają o kulisach renowacji Ptasiego Radia Brzozów i życia na  podkarpackiej wsi we dwójkę. – Nat Kontraktewicz

 

Gratulacje z okazji ślubu! Już przy śniadaniu wspomnieliście, że było to nie lada wydarzenie i przedsięwzięcie w stylu Do-It-Yourself!

Tomek: Mieliśmy bardzo dużo przygód… (śmiech).

Iza: Z jednej strony było nietypowo, z drugiej nie wyobrażaliśmy sobie innego wesela. Mieliśmy bardzo dużo spraw na swojej głowie do zorganizowania, przeniesienia, zdecydowania gdzie co ma stać, gdzie ma siedzieć babcia, a gdzie nasi zwariowani znajomi. Ale nic byśmy nie zmienili. To wesele było jak nasze życie, trochę chaos, ale kontrolowany. Stoły były w stodole, tańce przed nią. Zapewniliśmy wegański catering, także nie musieliśmy sami gotować, ale całą resztę zrobiliśmy sami. Ja z koleżankami  i kolegami przygotowaliśmy bukiety, dekoracje, rozkładaliśmy talerze.

Tomek: Zbiliśmy sami stoły, ławki…

A następnego dnia mieliście już gości…

Iza: Prawie. Następnego dnia były poprawiny przy wiejskim stole, które się dobrze rozkręciły. A na tym stole były wegańskie wędliny i kiełbasy z „Bezmięsny mięsny”.

Jak rodzina się odnalazła w tym nietypowym menu?

Iza: Zaprosiliśmy tylko najbliższą rodzinę i przyjaciół, którzy nas znają, więc wiedzieli w co wchodzą. Uprzedziliśmy ich, że nie będzie to standardowe wesele. Wszystko zostało zjedzone, więc chyba było ok.

Jesteśmy teraz na górze Waszego domu. Czy to jest ta nadbudowana przez Was część?

Tomek: Tak, dach był zdjęty i widać dokładnie, że część wykończona nowym drewnem została dobudowana.

Iza: Wcześniej był tu nieużytkowy strych, w którym ledwo się dało stać. A chcieliśmy, aby poza pokojami był tutaj salon dla gości, który zbudowaliśmy nad tarasem i stąd jego nazwa – gniazdo.

Tomek: Goście też odwiedzają nas zimą i o ile teraz częściej spędzają czas w ogrodzie lub salonie letnim w stodole, to w chłodniejsze dni w tym pomieszczeniu dzieje się całe ich życie.

W jakim stanie nabyliście dom?

Tomek: W takich domach najczęściej się okazuje, że tylko szkielet zostaje, a cała reszta jest do wymiany. Zachowaliśmy sufity i podłogi, otynkowaliśmy ściany. Mam doświadczenie budowlane, więc potrafiłem ocenić, że tyle jestem w stanie zrobić sam. Byliśmy nastawieni na bardzo dużo pracy.

Iza: Znaliśmy też swój budżet, więc nie spodziewaliśmy się cudów. Kupiliśmy dom i zaczęliśmy remont. Krok po kroku rozwiązywaliśmy każdy problem. Najpierw było tak źle, że spaliśmy w kuchni przy piecu na materacu, bo to było jedyne miejsce, w którym było względnie ciepło i czysto. Choć piec był tak zniszczony, że co chwilę się kopcił, więc można sobie wyobrazić jak to wyglądało. Nasza aktualna sypialnia była lodówką, bo to było najzimniejsze pomieszczenie, trzymaliśmy tam całe jedzenie.

Jak dużo czasu kosztowało Was przygotowanie domu do zamieszkania?

Tomek: Dom kupiliśmy na jesień i spędziliśmy tu pierwszą zimę, ale budżetu starczyło tylko na wymianę armatury w łazience. Wyjechaliśmy do Norwegii by zarobić na remont, który wykonywaliśmy przez kolejne dwie zimy, które są najtrudniejsze do przetrwania w takich warunkach – nie można otwierać okien, używać ogrzewania. A do tego nawet nie wiedzieliśmy jak wygląda nasza działka, drzewa, które tu rosną, bo wyjeżdżaliśmy zawsze na wiosnę i lato. Dopiero w zeszłym roku rozpoczęliśmy remont dołu na dobre, który kończyliśmy w okolicach września. W sumie 7 miesięcy zajęło mi przygotowanie nadbudowy dla gości.

Iza: Wzięliśmy jedynie fachowców do zrobienia konstrukcji dachu, a resztę Tomek w większości zrobił sam.

Kontynuujecie opowieść o domu, który ma już swoje lata. Znacie jego przeszłość?

Iza: Wiemy, że pierwsi właściciele mieszkali tu do lat 80-tych, sąsiad miał w tej stodole wesele. Potem dom kupili Państwo, którzy traktowali go jako działkę rekreacyjną, nie toczyło się tu życie codzienne. Ale Ci państwo mają duży sentyment do tego miejsca, posadzili te wszystkie drzewa, dbali o zachowanie drewnianych podłóg. Udało nam się poznać ich i zaprzyjaźnić, cieszyli się, że oddają dom w dobre ręce. Pan Stanisław ma 95 lat, odwiedził nas z żoną wiosną, by zobaczyć skończony remont. To dzięki niemu nazwa miejsca to Ptasie Radio Brzozów. Jest zapalonym ornitologiem, do dziś prenumeruje pisma, dokarmia i obserwuje z lornetką ptaki. Uprzedzał nas, że przylatuje tu dużo pięknych gatunków.

A jak wyglądała Wasza przeszłość przed Ptasim Radiem Brzozów?

Iza: Nie pracowaliśmy w korporacji (śmiech).

Tomek: Nie lubimy mówić, że poznaliśmy się w Warszawie, bo każdy nas potem kojarzy z Warszawą. To był krótki epizod. Dla mnie był to odpoczynek po latach ciężkiej pracy na budowach. Żyłem dość alternatywnie.

Iza: Tomek pracował dorywczo, np. sprzedał rowery na Olimpii. Ja miałam iść na doktorat z antropologii ale jednak nie poszłam, szukałam też pracy po studiach i nie było to proste, bo okazało się, że jest dużo ludzi ze znajomością dziwnych języków (tak jak ja) i doświadczeniem jak moje.  Wiedzieliśmy, że nie chcemy zostać w Warszawie, szukaliśmy innego sposobu na życie.

Tomek: Gdy już określiliśmy się jako para usiedliśmy i zastanowiliśmy się co chcemy dalej zrobić z życiem. To było marzenie Izy żeby mieć agroturystykę, a dla mnie to było absurdalne, bo pochodzę z robotniczej rodziny gdzie nikt nawet nie myślał, żeby mieć takie marzenia. Ale Wspólnie podjęliśmy decyzję, że zrealizujemy je, bo w sumie nie mamy nic do stracenia.

Iza: Wiele osób myśli, że jesteśmy odważni, bo postawiliśmy wszystko na jedną kartę. Ale my nie mieliśmy czym ryzykować, nie mieliśmy świetnej pracy, nie chcieliśmy mieszkać w dużym mieście.

Tomek: A do tego w samochodzie nam rozrząd strzelił (śmiech).


Czyli Wasza historia nie mieści się w ramach tych powtarzalnych już kolei rzeczy jak wypalenie zawodowe i ucieczka w las. Swoją drogą macie punkowe korzenie, a tu taki spokój. Nie tęsknicie za koncertami, imprezami, wydarzeniami kulturalnymi?

Iza: Mam momenty żalu, kiedy widzę na przykład jak moi znajomi byli na wystawie Fridy Kahlo, którą bardzo chciałam zobaczyć. Nie czuję jednak, aby to było na tyle ważne, aby zamienić to z życiem w Brzozowie. Coś za coś, nie można mieć wszystkiego. Uczymy się też życia kulturalnego w małym miasteczku. Czasem pojedziemy na koncert do Krakowa, w Brzozowie mamy galerię, filię szkoły muzycznej. Byliśmy  na przykład na koncercie Jana Ptaszyna Wróblewskiego za 20 zł. Ja swego czasu prowadziłam DKF (dyskusyjny klub filmowy), dlatego cieszę się, że mamy kino studyjne. W Krośnie też wyświetlają większy repertuar i to nie jest problem podjechać tam 20 minut samochodem. Wydaje mi się, że jak ludzie żyją w dużych miastach to przestają korzystać z tego wszystkiego,  bo mają przesyt.  Koniec końców nie chodzą nigdzie tylko klikają na facebooku, że są zainteresowani tym i tym. 

Nigdy nie byliśmy jednak imprezowiczami. Nawet mieszkając w Warszawie przeważnie chodziliśmy spać o 21. Znajdujemy we wszystkim balans. Ale nie da się ukryć, że jesteśmy ze środowiska punkowego, dlatego ja na przykład jestem gospodynią, która nosi naszywkę na kamizelce. A jak wszyscy wychodzą z chaty i wiem, że jestem sama to puszczam sobie głośniej muzykę.

Tomek: Tutaj celebrujemy wydarzenia kulturalne, bo są rzadsze i bardziej je doceniamy. Co roku jeździmy na festiwal jazzowy i czekamy na to z niecierpliwością, sprawdzamy wykonawców, daje nam to dużą radość. Zdarzało mi się odwiedzić kilka razy znajomych w Warszawie na imprezie w CDQ ( Pogłosie). Nasz wyjazd daleko od znajomych to też totalna weryfikacja relacji. W kontakcie pozostają sami najbliżsi, widzisz dopiero komu zależy na spotkaniu z Tobą i odwiedzeniu Cię w Twoim domu. W Warszawie brakowało nam takich spotkań na kanapie, gdzie można swobodnie porozmawiać, spotykaliśmy się przy okazji koncertów, a w tym hałasie nic nie słyszysz. Koniec końców orientujesz się, że nie wiesz co u tego znajomego się dzieje, co robi.

Święta też tutaj wyprawiacie i zapraszacie rodzinę?

Iza: W sumie tylko raz spędziliśmy tu święta, ale organizowaliśmy je dla gości. W tym roku zrobimy podobnie. Wszystko zależy od nas i dlatego też gdy ludzie nas pytają z rocznym wyprzedzeniem o rezerwacje my to stopujemy, bo nie chcemy być uwiązani. Sami narzucamy sobie tryb pracy i nie chcemy, aby okazało się, że mamy zapełniony kalendarz na pół roku do przodu i nie ma kiedy odsapnąć. Chcemy czuć wolność.

Wyobrażacie sobie, że będziecie zatrudniać pomoc do prowadzenia domu?

Tomek: Nie chcemy nikogo zatrudniać. Zaplanowaliśmy tyle pokoi, aby pracować jak na pełnym etacie. To nasz dom, nie pensjonat.


Czyli znajdujecie czas na odpoczynek?

Iza: Ostatnie dni były bardzo pracowite, bo wciąż sprzątamy po weselu. Ale i tak dbamy o siebie. 

Tomek: Wcześniej też trwały remonty, więc Iza sama gotowała i sprzątała, ale teraz gdy wyszliśmy na prostą i idziemy naszym rytmem to możemy wszystkim zajmować się razem. Jest to prawie jak normalna pracy jakbyśmy byli gdzieś zatrudnieni.

Iza: Choć zmęczenie też się pojawia. Ale ja na przykład czasem o godzinie 14.00, gdy jestem zmęczona i mam dość całego świata, biorę sobie pół godzinną kąpiel, zapalam świeczkę, włączam muzykę i relaksuję się. Albo jadę do miasta na zakupy i idę do ulubionej kawiarni na kawę. Praca ta jest specyficzna, ale sami stawiamy sobie warunki. Wiadomo, że śniadanie i obiad muszą być gotowe na konkretną godzinę. Ale wiadomo też, że póki my będziemy szczęśliwi, to nasi goście będą się u nas dobrze czuć. Dlatego nawet w sezonie robimy sobie dni wolne i wtedy też  jesteśmy mniej dostępni w internecie, czy telefonicznie. Trzeba dbać o swoją przestrzeń i tą fizyczną, i psychiczną.

Weganizm i gotowanie były Wam bliskie od dawna?

Iza: Tak, ale zależy nam, aby nie zamykać się tylko na grono wegan. Przyjeżdżają do nas różni goście, choć ich ścieżki myślenia są podobne i coś wspólnego ich tutaj ściąga. Ale chciałabym, aby wegańskie posiłki były tylko dodatkiem do całości. Są osoby, które pierwszy raz próbują tu bezmięsnych kotletów. Wiele osób naciska, abyśmy reklamowali to miejsce pod tym kątem, ale nam nie o to chodzi. Jesteśmy wegetarianami od 14 lat, a gotujemy wegańsko tyle samo czasu. Generalnie chcieliśmy stworzyć miejsce, gdzie weganin będzie się czuł komfortowo, a osoba jedząca na co dzień mięso będzie chciała tu i tak zajrzeć. Goście nas odwiedzający widzą jak żyjemy, widzą co jemy i że jest to zupełnie zwyczajne życie. Nikomu nic nie narzucamy. Pokazujemy po prostu niektórym kawałek świata, do którego możliwe, że nie mieli wcześniej dostępu. A może mieli, ale wydawało im się, że to nie dla nich. A tu nagle pojawiamy się my z naszym zwyczajnym życiem i okazuje się, że nie taki diabeł straszny.

Tomek: My jedząc sporadycznie nabiał, gdy np. pójdziemy na lody, mamy świadomość, skąd się to bierze i że to nie jest w porządku, dlatego nie chcemy wspierać biznesu nabiałowego. Nie sprzedawałbym tutaj też np. skórzanych toreb. 

Macie fantastyczne podejście! Podziwiam Was za nieszufladkowanie Ptasiego Radia Brzozówi że przez gotowanie pysznych wegańskich posiłków inspirujecie gości do spróbowania czegoś nowego w dobie diet pudełkowych.

Iza: Mamy tę satysfakcję, że ludzie są zadowoleni i wracają do nas. Nie jedzą tu przez tydzień mięsa, a potem proszą mnie o przepisy w mailu. Cieszę się, że dają szansę temu sposobowi odżywania i na przykład w domu zrobią sobie roślinną pastę na chleb.

Zrealizowaliście to, o czym marzy wiele osób, uciekliście w Bieszczady. O czym jeszcze marzycie? Czy są podróże, które chcecie odbyć?

Tomek: Chcemy pojechać do Teksasu, bo jesteśmy trochę „country” (śmiech).


Widziałam Twoje kowbojki Iza, są wystrzałowe!

Iza: Dostałam od mojej świadkowej!

Tomek: Nie zamykamy się na podróże, zostawiamy na nie przestrzeń w kalendarzu. To jedno główne marzenie się spełniło i nie jesteśmy typem biznesmenów, którzy myślą tylko jak zarobić więcej pieniędzy. Mamy to, co nam wystarcza. Chcieliśmy być tu, żyć po swojemu i nie stresować się poszukiwaniem pracy.

Iza: Mówi się, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, ale my tego nie odczuwamy. Nasze marzenie było też duże i jego realizacja zajęła kilka lat. Chciałam żyć niezależnie, na własnych zasadach. Śmieję się, że żyjemy w bańce. Jesteśmy tu schowani w krzakach, jak chcemy to wychodzimy na pizzę, czy piwo. Wczoraj na przykład chłopak… ha, mąż, mnie zabrał na gin z tonikiem (śmiech). A jak nie mamy potrzeby, to zaszywamy się tutaj. Otaczamy się dobrymi  i ciekawymi ludźmi.

A do tego żyjemy po swojemu. Ludziom się wydaje, że jak się żyje w drewnianym domu to trzeba słuchać folkowej muzyki i chodzić boso, wyplatać koszyki z wikliny. Ja nie lubię żadnej z tych rzeczy i nie kryję się z tym. Wolę poczytać feministyczną gazetę na tarasie, Tomek też ma swoje zajawki. Oby tak było zawsze, to jest moje marzenie.

 

Inspiracje:

Iza: 

Książka: Niksy;

Zespół: The Smiths;

Piosenka: “There is a light” The Smiths, “11:11” Defiance Ohio;

Film: Niewinni czarodzieje;

Miejsce: południe Albanii;

Ulubiony serial: Przystanek Alaska.

Tomek: 

Książka: „Gorączka. W świecie poszukiwaczy skarbów” Tomka Michniewicza;

Film: Harold i Maude;

Zespół: The Swans;

Piosenka: “Together than the rest” Bruce Springsteen.

To ja Wam tego z całego serca życzę. Dziękuję za gościnę i rozmowę.

Tomek: Wracamy do roboty! A tak było miło na kanapie! (śmiech).

Rozmawiała/zdjęcia: Nat Kontraktewicz

do Góry