fbpx

Sztuka to po prostu życie – rozmowa z Hanią Rani

W tej drobnej, uroczej dziewczynie o ciepłym głosie drzemie moc kreacji i spełniania marzeń. Pracowita, przedsiębiorcza, niezależna artystka o wielkim sercu i wyobraźni komponuje nostalgiczne melodie i teksty, które budzą gamę emocji. W ostatni weekend sierpnia tego roku stworzyła z przyjaciółmi pierwszy, kameralny festiwal artystyczny Tchnienia w magicznym Bieszczadzkim krajobrazie. Razem z Joasią Longić założyły zespół Tęskno, którzy wydał 9. listopada swoją debiutancką płytę. Hania Rani to pianistka i kompozytorka, którą usłyszeć możecie na przykład oglądając niebo w warszawskim planetarium. Jej twórczość zasługuje na niecodzienną oprawę. Ja płaczę ze wzruszenia za każdym razem, gdy słyszę ją na żywo. 

– Nat Kontraktewicz

Właśnie ogłoszono, że podpisałaś kontrakt z międzynarodową wytwórnią na solową płytę, gratulacje! Czy to spełnienie marzeń czy dopiero początek Twojej drogi?

To taki moment kiedy rzeczywistość zupełnie przerosła marzenia. Jednak to nie koniec drogi, a raczej jej początek. Im więcej otwiera się przed Tobą drzwi, tym widzisz ile jeszcze masz do zrobienia i jak wiele przed Tobą, jak daleko można sięgnąć, spojrzeć. 

Z boku może zdawać się to jako bardzo wysoki poziom osiągnięć, ale ja nie zastanawiam się nad tym, a raczej próbuję sprostać tej sytuacji i powierzonemu mi zaufaniu. Ważne jest też, aby zachować zdrowy dystans zarówno do siebie, jak i do swojej twórczości. Dostrzegać rozwój, ale również chcieć przyznać się do niedociągnięć – co z pewnością nie jest już takie proste.

Ostatnio opublikowałaś na profilu społecznościowym wpis, który mówi, że jeśli robić sztukę to tylko na śmierć i życie. Nie masz wrażenia, ze popadamy za głęboko w proces tworzenia? Zapominamy o odpoczynku, rodzinie, innych sferach życia?

Dla mnie sztuka to po prostu życie, wszystko co robimy może być sztuką. Uprawianie sztuki nie czyni nas jednak automatycznie artystami. Dopiero sposób w jaki wykonujemy daną rzecz i nasz stosunek do tego  procesu może uczynić nie tylko nas, ale przede wszystkim ten obszar egzystencji, wyjątkowym, “pełnym”. Nie widzę sensu w robieniu czegokolwiek na pół gwizdka. Przede wszystkim wyobrażam sobie, że to musi być niewiarygodny wysiłek, bo jak trudno wykonywać nam coś, na co nie mamy ochoty lub nie jesteśmy w to zaangażowani. Taka postawa szkodzi nie tylko nam samym, ale wszystkim dookoła. W czasach kiedy każdy stał się dzięki social mediom, poniekąd osobą publiczną, zobowiązuje jeszcze bardziej do świadomego życia. Z trwogą obserwuję proces zaśmiecania naszej planety, podobnie reaguję na codzienny “życiowy” śmietnik, również własny. Za rzadko zdajemy sobie sprawę z tego, jak każdy nasz ruch może mieć wpływ na innych ludzi, nawet na “głupim” instagramie czy facebooku – zarówno pozytywny, ale i negatywny.

Dlatego staram się takimi wpisami od czasu do czasu wbić igiełkę i zachęcić ludzi, by niekoniecznie mieli takie samo zdanie jak ja, ale zastanowili się nad tym co robią i jak żyją. 

Dziś każdy może być muzykiem, tworzyć utwory z syntetycznie wyprodukowanych dźwięków. Cieszę się, że są takie osoby jak Ty, które kultywują tradycyjną formę grania na instrumentach. W Twojej obserwacji ten kunszt cieszy się coraz mniejszą popularnością, czy wciąż jest żywy? 

Często inspirują mnie artyści, którzy nie mają edukacji. Sztuka jest tym ciekawym obszarem, w którym nie ma co do tego zasad, a edukacja nie jest gwarantem sukcesu. Gdzieś w internecie spotkałam się ostatnio z pytaniem „Czy wkładanie dużej ilości pieniędzy w edukację artystyczną ma sens?”. W moim przypadku (choć nigdy nie studiowałam w Wielkiej Brytanii, gdzie za szkołę trzeba zapłacić ogromne czesne) edukacja była bardzo długa, tradycyjna i kosztowna. Wszystko jednak czego się wtedy nauczyłam teraz procentuje, pomimo, że aktualnie nie do końca zajmuję się już muzyką klasyczną, która była moim kierunkiem studiów. Ktoś by może zapytał czy nie żałuję, że spędziłam 20 lat w ćwiczeniówce. Odpowiem – nie żałuję ani jednej godziny, bo wierzę, że to jest nauka przede wszystkim o samym sobie. Od tak wczesnych lat przebywasz wśród sztuki, człowiek uczy się autorefleksji, systematyczności i innych zachowań, które są trudne do wyuczenia w szkole. Obserwuję na przykład jak dzisiaj wielkim problem jest dla niektórych przebywanie w ciszy, bez rozpraszaczy, bez “fajerwerków”, tylko we własnym towarzystwie. Nie wiem czy jest to kwestią edukacji czy po prostu to choroba naszych czasów, ale z pewnością nauka muzyki, sztuki ma pozytywny wpływ na rozwój każdego człowieka, czego dowodzą nawet badania naukowe. 

Wydaje mi się, że rzeczywiście zanika zainteresowanie kształceniem dzieci w kierunku muzyki klasycznej. Rodzice coraz rzadziej decydują się, by od wczesnych lat pilnować i rozwijać swoje pociechy, czy to w tańcu czy w manualnych dziedzinach. Mi samej również byłoby trudno zdecydować, by moje dziecko już od maleństwa uczyło się, ćwiczyło i poświęciło w jakimś sensie swoje dzieciństwo.

Ja zostałam zagoniona przez rodziców do gry na skrzypcach w wieku 7 lat i ukończyłam szkołę muzyczną z wielkim trudem. Po tym skrzypce rzuciłam w kąt i dziś tego żałuję, bo chciałabym wrócić do muzyki, ale niewiele pamiętam. Jak to było w Twoim przypadku? Gra na pianinie była Twoim świadomym marzeniem? 

Moi rodzice mają bardzo poważne zawody, moja mama jest lekarzem, a mój tato architektem, ale muzyka zawsze była obecna w domu. Obydwoje umieją grać na instrumentach, muzyka jest zjawiskiem bardzo naturalnym i bardzo ważnym, nierozerwalną częścią życia. Do dzisiaj wspólnie muzykujemy, nawet przy śniadaniu, nie mówiąc już o świętach. 

Mama wysłała mnie na pianino, a ja ubolewałam, bo chciałam grać na skrzypcach, wydawały mi się ciekawsze. Na początku musiała mnie zmuszać do ćwiczenia, ale nie wiem jak to się stało, że w wieku 10 lat wstałam i powiedziałam, że chcę być pianistką. Zaczęłam wtedy sama z siebie ćwiczyć całymi dniami, wkręciłam się niesamowicie i ten stan trwa aż po dziś dzień. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie już innego życia. Robiąc coś przez tak długi czas to przestaje być twoją pasją, a wrasta w Ciebie, staje się Twoim genotypem. Nie pamiętam już jak to jest nie grać. 

W Twojej biografii widziałam, że jesteś rozerwana między miejscami. Berlin, Islandia, Warszawa. Gdzie teraz mieszkasz, gdzie jest Twój dom? 

Myślę, że sama wiesz. (śmiech) Mój dom jest tam, gdzie są moje instrumenty. Gdy nie mam możliwości ćwiczenia wpadam w małą panikę. Nie wiem czy Warszawa jest moim miejscem docelowym, traktuję ją raczej jako przystanek. Na pewno nawiązałam tutaj dużo pięknych znajomości podczas studiów i mam wokół bliskie osoby. Ale świat jest teraz taki, że i bliscy się rozjeżdżają, mieszka się tam, gdzie jest praca. Przyjaźnie trzeba pielęgnować na odległość, ściągać ludzi do siebie albo samemu podróżować, co jest dużo trudniejsze, ale i ciekawe. 

A kiedyś to marzy mi się ucieczka w dzicz i tam stworzenie sobie idealnych warunków do pracy. Ale to plan z dłuższym okresem realizacji.

To właśnie razem ze znajomymi stworzyłaś odważny, kameralny projekt jakim był festiwal Tchnienia w Bieszczadach. Co tchnęło Was do zrealizowania takiego wydarzenia i w takiej formie?

To szalony pomysł. Przede wszystkim, nie przewidzieliśmy, że ludzie, którzy przyjadą na festiwal będą tak wspaniali, że stworzą własne „tchnienia” utrzymując bliskie relacje jeszcze długo po zakończeniu wydarzenia. Cieszy nas ogromnie ten skutek uboczny – to najpiękniejsze co mogło się przydarzyć organizatorom takiego festiwalu.

Z ludźmi, z którymi tworzymy teraz grupę przyjaciół, jakiej dawno nie miałam (każdy oczywiście gdzieś jest rozstrzelony po całej Polsce) spotkałam się przez przypadek rok wcześniej w Bieszczadach i wspólnie uznaliśmy, że musimy mieć po co tu wrócić. Zabrzmi to egoistycznie, ale to był właśnie powód. I zdaje się, że na szczęście większość uczestników festiwalu również szukała powodu aby wrócić w Biesy albo by zobaczyć je po raz pierwszy w życiu. Całe wydarzenie było czymś niesamowitym, nikt się nie spodziewał, że wyjdzie to tak pięknie. Wszyscy, którzy przyjechali, zgodzili się zaufać naszemu enigmatycznemu opisowi i scalili się naturalnie z jego ideą, powiem więcej – napełnili tę ideę nowym światłem.

Efekt finalny jest zadowalający dla Was jako organizatorów?

Impresja jest pozytywna, nadal wspominamy ten wyjazd, choć wiadomo, że wiele rzeczy mogło wyglądać lepiej. Ale podsumowanie jest takie, że chcemy to powtórzyć. 

Nowa płyta Tęskno też powstawała w pięknym miejscu, prawda?

Tak, po drugiej stronie Polski, na południowym-zachodzie znajduje się niesamowite studio Monochrom. Płyta została nagrana właśnie tam, w trakcie dwóch sesji: w marcu i kwietniu tego roku. Sam proces pisania piosenek był rozłożony na dłuższej przestrzeni czasu. Ponad rok temu znajomy architekt podesłał mi zdjęcia studia i byliśmy oboje zdumieni, że w Polsce istnieje takie miejsce. (śmiech) Zachwyciłam się nim. Jakiś czas później razem z Asią z Tęskno podjęłyśmy decyzję o nagraniu płyty i uzbieraniu funduszy na ten cel za pomocą portalu crowdfundingowego.  Chciałyśmy dokonać nagrań w miejscu z marzeń, które odpowiada naszej wizji sztuki i podejścia do muzyki, z daleka od wszystkiego. Przypomniałam sobie wtedy o Monochromie, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Jakość studia jest na najwyższym poziomie, a cudowna dwójka ludzi, którzy je prowadzą, napełniła to miejsce jedyną w swoim rodzaju atmosferą, do której chce się wracać. Wszystko to tworzy niesamowitą wartość. Zupełnie nie dziwi mnie fakt, że coraz więcej osób chce przejechać pół Polski, by nagrywać właśnie tam. 

Czy muzyka może się znudzić? 

Ja nigdy nie mam dość, ale tak, muzyka może się znudzić. Jak wszystko. Póki co, u mnie jest odwrotnie i  mam czasami sobie za złe, że mogłabym jeszcze więcej komponować, że mam zastój w tworzeniu. Z drugiej strony jest to naturalne, jak wdech i wydech.

Ostatnio jechałam blablacarem z oboistą pewnej polskiej orkiestry. Okazało się, że gra w niej od trzydziestu lat. Trzeba wyjaśnić, że obój należy do trudnych instrumentów i zazwyczaj ma wymagające solowe partie. W pewnym momencie kierowca zwierzył mi się, że od tych trzydziestu lat stara się jedynie nie pomylić w grze i w sumie to nie znosi swojej pracy. (śmiech) To było bardzo przykre i bardzo nie chciałabym być tym panem. Ale takie podejście można przyrównać do każdego zawodu, do każdego aspektu życia. I głęboko wierzę w to, że nasz poziom znudzenia zależy od nas samych. To co wyciągamy z otaczającej nas rzeczywistości jest wynikiem intensywności poszukiwań. 

Od zawsze mnie to zastanawiało – czy melodie mają nieskończoną liczbę kombinacji czy jednak kiedyś nastąpi ten moment, gdzie będziemy czuć “hmm, gdzieś to już słyszałam…”?

Muzyka jest nieskończona, tak samo każda inna forma sztuki, ponieważ tak wielki jest w niej nasz ludzki mianownik. I tak jak wśród ludzi nigdy nie znajdziemy dwóch identycznych osobników, tak samo w muzyce, która jest przecież wytworem człowieka, o niepowtarzalnym zestawie genów. Dodatkowo czasy się zmieniają, a my potrzebujemy czegoś aktualnego. Wracamy do starych rzeczy, by doszukać się w nich nowych powiązań z naszym życiem, ale nadal staramy się też stworzyć coś tu i teraz, od nowa i od nowa. Potrzeba kreacji jest silna w człowieku jak oddychanie. Wydaje mi się, że tak jest. Mam nadzieję, że tak jest! I dopóki tak będzie, to nigdy nie zabraknie nowych melodii.

Za czym Ci tęskno?

To trudne pytanie. Ostatnio jedyną myśl jaką mam w głowie, to fakt, że nie mam czasu nawet pomyśleć za czym mi tęskno. Więc za beztroską i nie spoglądaniem na zegarek.

To ja ci życzę tego wytchnienia.

O tak, na Tchnieniach nie patrzyliśmy w ogóle na telefony, bo a to padała bateria a to zasięgu nie było. Może właśnie dlatego było nam tam tak dobrze. 

Niech tak się dzieje częściej niż raz w roku. Dziękuję ci Haniu za rozmowę.

 

INSPIRACJE:

Książki: ostatnio połykam wszystko autorstwa Italo Calvino (np. Wykłady Amerykańskie) i Susan Sontag (np. Style Radykalnej Woli). Moimi ulubionymi ksiażkami w czasie przemieszczania się jest cykl Zbigniewa Herberta, w których opisuje swoje podróże (m.in. Martwa Natura z wędzidłem, Barbarzyńca w Ogrodzie). Nieustannie wracam do Bruno Schulza – Sanatarium pod klepsydrą i Sklepów Cynamonowych.  

Muzyka: nie nadążam za nowościami, ponieważ nadal lubię grzebać w starych płytach. Jeśli jeszcze nie wpadły Wam w ręce to polecam albumy(absolutnie wszystkie) dwójki trębaczy: Matthew Halsalla i Jona Hassella. Ostatnio często wracam do twórczości Portico Quartet (dwa doskonałe wydawnictwa z tego roku) i Nilsa Frahma. Z nowości zapętlam muzykę do filmu Suspiria – Thoma Yorka.

Filmy: filmy też raczej zdarza mi się oglądać stare i dlatego z odkryć tegorocznych polecam: fenomalne filmy rumuńskiego reżysera Cristiana Mungiu: “4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni” oraz “Egzamin”, poza tym “Niemiłość”, “Till det som är vackert” i “Oslo 31 sierpnia”. Z polskich filmów zachwyciła mnie “Zimna wojna”, a nieustannie wracam do “Sztuczek” Jakimowskiego.

Miejsca: z ulubionych ucieczek – niezmiennie Bieszczady, a nawiązując do mojej miłości do architektury to ostatnio zachwyciły mnie: Villa Adolfa Loosa w Pradze, Kunsthaus autorstwa Petera Zumthora w Bregenz, Design Museum w Londynie i König Gallery w Berlinie. W Warszawie polecam wycieczkę na osiedle Jazdów, np. do Otwartej Pracowni Jazdów.

 

 

Rozmawiała/zdjęcia: Nat Kontraktewicz

 

 

do Góry