fbpx
Eliza Istynowicz

W pogoni za pięknem – rozmowa z psycholożką Elizą Istynowicz

Rozpoczynamy cykl rozmów z psychologami o sprawach, które nas intrygują. Na ogień wrzucamy już gorący temat kobiecych zmagań z oczekiwaniami wobec ich wyglądu. Według mediów powinnyśmy mieć pełne usta, najmodniejszą fryzurę, pomalowane paznokcie, gładką skórę, wysportowany brzuch i smukłe nogi, nakładać cztery różne kremy, tuszować zmarszczki i pryszcze… Podczas tej rozmowy padają hasła „wystarczająco dobra”, „idealna”, „piękna”. No właśnie, czyli jaka? Czy nie jest tak, że każda z nas powinna sama odpowiedzieć na to pytanie, ale w dobie Instagrama ciężko nam wybrać jedną wersję siebie? Na trapiące nas pytania odpowiada Pani Eliza Istynowicz z Kliniki Stresu.

– Nat Kontraktewicz

____

 

Jak bardzo niezadowolenie z własnego wyglądu odbija się na braku pewności siebie w różnych sferach życia?

 

To się feministkom może nie spodobać, ale wciąż jeszcze definiujemy się przez wygląd. To pewnie intuicyjne, bez wątpienia przyjemniej i łatwiej się żyje jeśli to na co patrzymy przez całe życie nie wzbudza w nas przykrych ocen i trudnych emocji. Brak pewności siebie, szczególnie u kobiet, w dużej mierze pochodzi z niezadowolenia z siebie.

 

Doświadczamy właśnie ogromnych zmian w prezentowanym wizerunku kobiet w mediach. W reklamach pojawiają się niewyretuszowane ciała, nieogolone pachy czy nogi, modelki każdej urody, każdego rozmiaru i każdego wieku. Kobiety wchodzące w dorosłe życie w dobie tego przełomu nie mają łatwo. Zostały wychowane według kanonu np. lat 00′-10′, a gdy zdobytą za młodu dziecka wiedzę mogą w końcu wykorzystać, okazuje się ona nieaktualna. Za chwilę trendy mogą się zmienić. Można się w tym zagubić.

 

To stało się trochę klęską urodzaju. Nigdy dotąd nie miałyśmy dostępu do informacji i obrazów, które prezentują tyle odmian piękna, a jednocześnie wyraźnie promują jeden kanon, taki trochę typ Pocahontas. Ale też nie miałyśmy tylu możliwości poprawiania natury. Od pewnego czasu trochę inaczej patrzę na media typu instagram. Zawsze miałam takie odczucie, że jest to przefiltrowana rzeczywistość, która ma niewiele wspólnego z prawdą, ale bardzo wyraźnie skonfrontowałam się z tym co one robią kilka lat temu, kiedy zakładałam stronę internetową i miałam dodać do niej zdjęcia krajobrazów i natury ze strony internetowej oferującej gotowe fotografie. Wszystkie były przerobione, przekolorowane, ale hipnotyczne i przepiękne. Przeglądałam zdjęcia wiele godzin, a później zabrałam swoje zwierzaki na spacer do lasu. Zderzenie z rzeczywistością bolało, bo zobaczyłam wyraźnie że natura, która mnie otacza jest bardziej szara. Moja percepcja dostosowała się do tych dopieszczonych nieprawdziwych  obrazów z internetu traktując je jako normę. Myślę, że my właśnie żyjemy w takiej fałszywej rzeczywistości – przez 24h na dobę jesteśmy bombardowane obrazami udoskonalonego, nierzeczywistego życia, które możemy podglądać i z którymi możemy się porównywać, a porównujemy się instynktownie i często nie do końca świadomie. Pociąga to za sobą wrażenie, że te jednowymiarowe kobiety z ekranu otacza aura sukcesu dostatku, beztroski, blichtru – to czego chcemy dla siebie. Dobrze jest mieć świadomość, że to zaburza naszą percepcję i odklejać się od tego fałszu. Trochę jak z tymi zdjęciami przyrody, bo prawdziwa przyroda jest piękna i brzydka, fascynująca i odpychająca. Gdy porównujemy się do czegoś doskonałego będziemy zawsze czuły się gorsze.

 

Rozczarowujący jest fakt, że mnóstwo treści na instagramie to po prostu reklamy. Przed dobą smartfonowego szału, kiedy tylko celebryci byli trendseterami, brałyśmy do ręki magazyn czy oglądałyśmy telewizję ze świadomością, że są to treści tworzone przez specjalistów, by coś sprzedać bądź wzbudzić sensację. Teraz rzekomo oglądamy zwykłe życie zwykłych ludzi na instagramie. Wydaje nam się, że jest ono idealne, lepsze niż nasze, bo jakież kolorowe i urozmaicone. Prawda jest jednak taka, że wiele instagramerów zamienia swoje życie w internetowe show. Kobiety pstrykają tysiąc selfies, żeby wybrać jedno, na którym wyglądają najkorzystniej. Publikowane są tylko najciekawsze i najpiękniejsze chwile, dopieszczone w każdym szczególe, a czasem po prostu zaaranżowane. Nagle wszystko dookoła staje się wyimaginowaną rzeczywistością. Mam wrażenie, że instagram robi z naszą pewnością siebie to, co filmy pornograficzne robią z wyobrażeniem młodego człowieka o seksie…

 

Dodajmy do tego, że influencerki, piękne, młode kobiety sukcesu wyrażają publicznie swoje niezadowolenie z siebie nie tylko wprost, ale i poprzez swoje działania. Np. poddają się. korekcjom i zabiegom chirurgicznym, przez co czasem stają się nie do rozpoznania. Wydawałoby się, że mają wszystko – a one pokazują swoją postawą, że są dla siebie niewystarczające. Dostają uwielbienie, wsparcie a wciąż czują się niedowartościowane. Martwi mnie to szczególnie z uwagi na dziewczyny, których świadomość dopiero się kształtuje. Bardziej doświadczone osoby dają się czasem  wkręcić w ten świat, ale w końcu pojawia się refleksja i powrót do rzeczywistości. Jest jednak cała grupa młodych kobiet nie mających wiedzy, która uchroni je przed „kupnem” takiego komunikatu wprost. Otrzymują informację „nigdy nie będziesz wystarczająco dobra, bo twoja idolka, której życie wygląda idealnie i której niczego nie powinno brakować, nie czuje się ze sobą dobrze”. Błędnie nie dążymy do tego, by siebie polubić tylko próbujemy dostosować się do czegoś.

 

Eliza Istynowicz

 

Mamy bardzo pozytywny ruch przeciwny kłamstwom i manipulacjom. Nie jest jednak łatwo odnaleźć się w tym. Trzeba mieć dużo odwagi, żeby z dnia na dzień np. przestać się depilować. Wciąż większość społeczeństwa uważa owłosienie za coś nieatrakcyjnego.

 

Dlatego pojawia się pytanie – Za czym iść? W co powinnyśmy wierzyć? Czemu ufać? W gąszczu tych informacji o różnorodności, rodzajach piękna zastanawiamy się – „Mam być bardziej jak Kim Kardashian czy Maria Skłodowska-Curie?” Dobrze jest dać sobie zgodę na próbowanie i eksperymentowanie, badanie kim jesteśmy. Sprawdź, czy dobrze się czujesz z nieogolonymi pachami, może poczujesz się wyzwolona, a może wrócisz do depilacji. Będą docierały do nas obrazy mówiące „masz być taka lub taka”, ale wybór należy do nas. Najpiękniejsze kobiety to te, które się po prostu lubią i żyją w harmonii ze sobą i światem.Dobrze by było pozbyć się tej pogoni za akceptacją, nieustannego napięcia w poszukiwaniu „wystarczająco dobrej” wersji siebie. To, co rodzice mogą zrobić, to dawać swoim córkom przestrzeń i wolność,do eksperymentowania i szukania swojej tożsamości  interweniować w razie potrzeby, ale też same być przykładem tego co jest dobre. „Możesz eksperymentować w granicach bezpieczeństwa, ja to szanuję i akceptuję, a sama wybieram dla siebie to, bo to jest według mnie dobre.”

 

Myślę, że można też to przełożyć na nasze przyjaźnie z innymi kobietami. To z nimi najchętniej rozmawiamy o swoich problemach i u nich szukamy wsparcia. Ta wolność powinna się zaczynać od najbliższych. Jednak wciąż większość z nas martwi się opinią ludzi. Jak wyjść z trybu “co oni pomyślą, co oni powiedzą?”

 

To są różne kroki dla każdej z nas. Pod tym „co oni myślą” kryją się różne przekonania. Takim pierwszym krokiem jest uświadomienie sobie, że te oceny na mnie wpływają negatywnie. Następnie przeanalizowanie co robię z tym, że mnie to rani – czy zadaję sobie gwałt próbując się do nich dostosować, czy nadal robię swoje, ale czuję się winna, zawstydzona. Dobrze jest otaczać się mądrymi osobami, które będą nas wspierać i akceptować takimi jakie jesteśmy. Niestety nie zawsze jest tak doskonale, że trafiamy tylko na takich ludzi wtedy warto poszukać wsparcia u profesjonalisty i wraz z terapeutą wypracować drogę do punktu, gdzie te oceny nie będą mieć wpływu na myśli, uczucia i zachowania. Bardzo prawdopodobne że na jakimś etapie życia  wymagano od nas, abyśmy przejmowały się tym co ludzie powiedzą i dostosowywały do tego swoje działania. Dziewczynki wychowuje się „na grzeczne”, „ułożone”, takie którymi można „się pochwalić”. Jest w nas zasiane takie ziarenko, ale można z tym pracować.

 

Jesteśmy też wychowane w wierze, że wygląd to nasza moc. Wiele kobiet przyznaje, że dzięki atrakcyjnemu wyglądowi zyskały przewagę, np. uniknęły mandatu czy dostały pracę. Czy jest to krzywdzące wychowanie?

 

Sprowadza nas do pozycji w której wartościujemy się wyglądem. Gdyby to było prawdą, to nie byłoby całego szeregu bardzo atrakcyjnych, niepewnych siebie, zagubionych i nieszczęśliwych kobiet. Atrakcyjność fizyczna nie gwarantuje ani szczęścia ani sukcesu, może być zasobem, ale i wielkim obciążeniem. Można doceniać kobiecą urodę, ale nie podkreślać, że od niej wszystko zależy, bo stoi za nią wiele innych, ważnych cech.

 

Niedawno wyszedł film „I feel pretty” o puszystej kobiecie, która nie czuła się atrakcyjna z powodu swojej wagi, ale wystarczyło że zmieniła o 180 stopni podstawę i nagle nie tylko w swoich, ale także oczach innych stała się przebojowa i wzbudzała zainteresowanie płci przeciwnej.

 

Widziałam ten film, dobrze się bawiłam oglądając. Oczywiście jest to komedia, ale pokazuje ciekawe zjawisko. Mianowicie to że nie jest ważny wygląd, stan posiadania, wykształcenie czy możliwości, najważniejsze jest to sama o tym myślisz. Możesz myśleć, że fatalnie wyglądasz i jesteś beznadziejna, do tego dostosują się Twoje uczucia, a za nimi zachowania. To nierozerwalny ciąg, w którym możesz się zaniedbać, pogrążyć w paskudnym nastroju, który będzie cię niszczył  lub możesz wzrastać, wzmacniać się, rozwijać i pięknieć. Dlatego tak ważne jest, co myślisz o tym co masz.

 

Lub o tym co możesz mieć… Przestać gonić za ideałem.

 

To co idealne jest nudne i często zupełnie nieprawdziwe.

 

Dokładnie. Trzeba nieustannie podkreślać, że określenie „idealne” jest czymś zupełnie subiektywnym. Nam się wydaje, że idealne jest to co lansują media, ale przecież jest tyle odcieni piękna i możliwości, każdy człowiek na tym świecie jest inny, niepowtarzalny.

 

Miałam takie szczęście, że moja tożsamość kształtowała się w okresie kiedy podkreślana była różnorodność, wystarczy przypomnieć sobie top modelki lat 90 tych każda była inna, o innym typie urody i one stanowiły ikony piękna. To, co uznawano za piękne na przestrzeni dziejów cały czas przechodziło transformację. Porównując średniowieczny kanon piękna do wizji Rubensa czy Twiggy z lat 60-tych zdajemy sobie sprawę, że nie ma piękna uniwersalnego. Zależy to nie tylko od czasów i kultury, ale nawet od położenia geograficznego. To szeroki temat i warto poświęcić chwilę refleksji nad tym, ile jest niejasności, uproszczeń i stereotypów w myśleniu o kobiecości.

 

Mi ten temat jest o tyle bliski, że kilka lat temu projektowałam miękkie staniki. Spotkałam się z ogromnym brakiem pewności siebie u kobiet, które czuły się niedocenione i załamane swoim wyglądem, np. piersiami po karmieniu dwójki dzieci, które straciły swój kształt, czy według nich za mało atrakcyjny rozmiarem biustu. Staniki z push-upem, tak samo buty na obcasie, czy makijaż – to trochę oszukiwanie siebie, że wyglądam inaczej, przykrywanie natury. Czy to nie pogarsza naszej samooceny?

 

Przede wszystkim należy ustalić dlaczego się uzbrajamy w ten stanik czy makijaż, dlaczego tą kobiecość podkreślamy. Czymś innym jest świadomość, że „mogę” to zrobić, a czymś innym „muszę”, bo inaczej nie pokażę się nikomu. Jeśli traktuję to jako opcję, to robię to dla siebie. Ale jeśli ograniczam się myśląc, że muszę się przebrać, zamaskować, aby poczuć się dobrze, to kiedy wracam do stanu naturalnego, którego nie akceptuję to pewnie w którymś momencie pojawi się z ocena, że jestem nieatrakcyjna. Podłożem jest samoakceptacja. Swoją drogą jesteśmy zbiorem tak wielu cech i wymiarów, że takie uogólnienie nie może być prawdziwe.

 

 

Jak powinnyśmy zmienić swój sposób myślenia, by dodać sobie pewności siebie, jeśli chodzi o nasz wygląd? Jakie kroki możemy poczynić, aby zbudować akceptację siebie?

 

Musimy zbudować sobie schodki. Pierwszym krokiem jest samoświadomość, zdanie sobie sprawy, że ma dla mnie znaczenie dobra relacja ze sobą, bo z niej wiele wynika. Sprawdzenie jak się ze sobą czuję, jak na siebie patrzę, co o sobie myślę i co do siebie mówię, czy przekierowuję uwagę z wewnątrz na to jak się odbijam w oczach innych ludzi i jakie to ma dla mnie znaczenie, czy samą siebie krzywdzę fantazjując o tym co myśli o mnie świat. Naprawdę tylko nam się  wydaje, że ludzie tak bardzo zajmują sobie nami głowy.

Kiedy będę mogłę odkleić się od oceny że szminka zawsze poprawia mi samopoczucie i skupić na ciekawości dlaczego w ogóle muszę spełniać jakieś warunki, by poczuć swobodę, komfort i luz. Czy to jest konieczny warunek? Skąd mam takie przekonania? Gdy rozpoznam przeciwnika będę wiedziała, co dalej zrobić. Mówię o tym ze spokojem bo wiem że można się uwolnić od krzywdzących przekonań, na tym polega moja praca. Podczas terapii często zajmujemy się tym co niszczy.

Kiedyś świat oczekiwał od nas całkowitego podporządkowania się jednej roli, a teraz otwiera nas na różne doświadczenia. I choć w dzisiejszych czasach jest nam dużo łatwiej w związku ze zmianami kulturowymi, to największą krzywdę wyrządzamy sobie same, dobra wiadomość jest taka, że same możemy sobie pomóc.

 

Ciekawi mnie temat budowania pewności siebie poprzez mężczyzn. „Zdobyłam go, więc muszę być atrakcyjna, zostawił mnie – pewnie znalazł piękniejszą”. Ja już jako singielka zaczęłam budować akceptację siebie, ale spory udział w tym mieli faceci. Jest dużo łatwiej, gdy mężczyzna daje Ci wolność i kocha Cię taką jaka jesteś.

 

Jeśli coś z zewnątrz ma decydować o tym, jak się czuję, to nie mogę tego kontrolować. Nie mam wpływu na to, jak będą do mnie mówić, jak mnie będą traktować, a jedynie na to, jakie ma to dla mnie znaczenie. Nie jest grzechem pomyśleć sobie, że jestem atrakcyjna, bo mój mężczyzna mnie adoruje, albo przeciwnie gdy zdarza mi się mieć chwile słabości, bo gorzej się czuję. Nie ma nic niewłaściwego w tym aby posiłkować się wsparciem z zewnątrz. Jeśli jednak  nie opuszcza mnie wrażenie, że ktoś inny musi mnie dowartościować, to powinnam nad tym popracować, bo to nie jest dobra pozycja wyjściowa do życia.

 

Jedna z moich przyjaciółek wyznała, że tylko przy mężczyźnie czuje się kobieco.

 

No i wracamy do definicji. Gdyby się pokusić o stworzenie własnej, to jakby ona brzmiała? Z mojego punktu widzenia kobiecość to między innymi samoświadomość, pewność siebie, ale nie narcystyczna, bo uważam się za doskonałą (wszak nikt nie jest), ale znajomość swoich mocnych i słabych stron, kontakt i akceptowanie własnych potrzeb, empatia i umiejętność troszczenia się o to co ważne, świadomość tego kim jestem i na czym opiera się moje poczucie wartości. Multifunkcyjność w działaniach, coś czego zazdroszczą nam mężczyźni, bardzo to sobie cenię. A także umiejętność przeżywania kryzysów, radzenie sobie z przeciwnościami, siła, to kojarzy mi się z kobiecością.

 

I to są słowa, którymi pięknie jest zakończyć naszą debatę. Dziękuję Eliza za rozmowę.

Rozmawiała/zdjęcia: Nat Kontraktewicz

do Góry