fbpx
Ania Próchniak. Zdjęcia: Natalia Kontraktewicz

Aktorka Ania Próchniak. Rozmowa.

W jeden z pierwszych deszczowych dni jesieni spotkałam się z Anią Próchniak, utalentowaną aktorką młodego pokolenia, którą możecie znać z Miasta 44, Niewinnych, czy serialu Belle Epoque. Ania jest kobietą o hipnotyzujących oczach i dziewczęcej urodzie. Swoim niskim, głębokim głosem, dojrzale i inspirująco opowiedziała mi o pracy i życiu poza nią, potrzebie kontroli i odpuszczaniu. – Natalia Kontraktewicz

 

Opowiedz proszę jak wyglądała Twoja droga do miejsca, w którym jesteś dziś. Jak to się stało, że zostałaś aktorką?

Chciałam być tancerką. W wieku 8 lat poszłam do ogniska baletowego i do 18 roku życia to to było moim głównym celem. Zdałam na wydział Teatru Tańca do krakowskiej szkoły teatralnej, po chwili jednak zorientowałam się, że nie podoba mi się to do końca i przeniosłam się do Łódzkiej Filmówki na aktorstwo. Nie była to zatem przemyślana i prosta droga, a bardziej intuicyjna. I cieszę się, że ta zmiana zaszła. Gdybym została tancerką, to byłabym pewnie już na emeryturze. (śmiech)

To nie byłoby takie złe!

Być na emeryturze w wieku 30 lat i zajmować się podróżowaniem po świecie? (śmiech)

A aktualna praca pozwala Ci na to? Masz dużo czasu wolnego?

To zależy, bo jest to praca nieprzewidywalna. Nigdy nie pracowałam na etacie i nie chciałabym tego. Czasem jest tak, że pracujesz bardzo dużo, a potem przez kilka miesięcy wcale. Do jednego i drugiego trybu trzeba się przyzwyczaić, każdy z nich ma dużo zalet, choć ciężko jest docenić, że jest się w danym momencie w życiu. Gdy długo nie pracuję, często nie potrafię odpocząć i zająć się sobą, czuję żal, a gdy pracuję to z kolei jestem zmęczona i niezadowolona, że muszę wstawać na plan w środku nocy. (śmiech) Często lepiej jest tam gdzie nas nie ma. Nie chciałabym pracować w trybie od 8.00 do 16.00 i siedzieć przy biurku, bo to nie byłoby dla mnie, delikatnie mówiąc, korzystne. Lubię to, że czasem mam wakacje, a czasem wyjeżdżam na drugi koniec świata na plan i mieszkam tam przez kilka tygodni czy miesięcy.

 

Ania Próchniak. Zdjęcia: Natalia Kontraktewicz

“Nigdy nie pracowałam na etacie i nie chciałabym tego. Czasem jest tak, że pracujesz bardzo dużo, a potem przez kilka miesięcy wcale. Do jednego i drugiego trybu trzeba się przyzwyczaić, każdy z nich ma dużo zalet, choć ciężko jest docenić, że jest się w danym momencie w życiu.” – Ania Próchniak

Więcej produkcji odbywa się w Polsce, czy za granicą?

Od paru lat coraz więcej pracuję za granicą i taki też był mój cel. Lubię gdy jak najwięcej dzieje się na moich zasadach, co wiem, że ma złą stronę, bo mam problem z oddaniem kontroli. Zważając, że polski rynek filmowy i telewizyjny nie jest tak duży, choć to się zmienia na lepsze , bo polscy twórcy są coraz częściej doceniani i nagradzani za granicą, to jednak inspiruje mnie praca z twórcami z innych krajów. Dostaję nowe wyzwania, jestem osadzana w rolach, na które w Polsce nie miałabym szans. Tutaj wpisałam się już w jakiś typ, schemat, jestem w dość konkretny sposób postrzegana, szufladkowana. Na przykład francuska reżyserka, nominowana zresztą do Oscara, obsadziła mnie jako dziewczynę ze wsi, co w Polsce by się nie wydarzyło, bo wielokrotnie słyszałam ze do takiego typu ról się nie nadaje, nie jestem wiarygodna ze względu na typ urody, rysy twarzy.

Wspomniałaś podczas naszej sesji, że ktoś kiedyś Ci powiedział, że z Twoim kształtem twarzy powinnaś opuszczać brodę, aby wyglądać atrakcyjniej. Słuchasz napływających zewsząd uwag, komentarzy, sugestii, pozytywnych czy negatywnych? Przejmujesz się hejtem odnośnie Twojego wyglądu, sposobu bycia?

Ustawianie siebie i twarzy to kwestia doświadczenia, godzin spędzonych na planie. Muszę wiedzieć jak się ustawić, by skrócić czas pracy całej ekipy. Pracuję od około 10 lat i coraz lepiej wiem, które światło jest dla mnie korzystne, choć czasem miło się zaskakuję, gdy ktoś mi sugeruje coś nowego. I tutaj wychodzi ta moja kontrola, chęć posiadania wszystkich przycisków sterujących światem pod ręką. 

Jeśli wywodzisz się ze środowiska tańca klasycznego, to rzadko spotykasz się z pochwałą. Szybko przyzwyczaiłam się do bycia krytykowaną. W szkole filmowej profesorowie, którzy byli surowi i wiele osób z nimi nie dawało sobie rady, na mnie nie robili dużego wrażenia. Dla mnie normalne było poddawanie się krytyce. Kiedy zaczęłam pracować, otrzymywałam także pochwały, ale podchodziłam do nich raczej sceptycznie. Przy każdej obecności publicznej – czy zaśpiewasz piosenkę, czy coś powiesz, zagrasz scenę w filmie – pojawia się hejt, znajdzie się ktoś komu się to nie spodoba albo ma właśnie zły dzień i wyładuje to na Tobie. Na początku przejmowałam się, gdy ktoś mówił o mnie źle, ale nie na długo. Wiedziałam, że tylko konstruktywna krytyka ma znaczenie. A ja nie mam ochoty zadowalać wszystkich. Siebie natomiast bym chciała! (śmiech) A rzadko mi się udaje być w stu procentach z siebie zadowoloną. Tak zostałam wytrenowana. A najbardziej jestem z siebie dumna w momentach kiedy uda mi się pozbyć choć na chwilę kontroli. (śmiech)

Ania Próchniak

Jak praca na planie wpływa na Twoje życie towarzyskie? Masz czas i energię na pielęgnowanie przyjaźni, związku?

Większość moich znajomych i bliskich dobrze rozumie mój tryb pracy, uprawiają podobne zawody. Doceniają, że mamy czas dla siebie i jesteśmy dla siebie nawzajem, kiedy tego potrzebujemy.

Czujesz, że te role odciskają piętno na Tobie, zostają z Tobą na dłużej?

Tak, każda zostaje ze mną w jakimś stopniu, zostawia nie piętno, ale ślad. Z jednej strony daję postaci swoje ciało, głos, emocje, wyobraźnię, a z drugiej pozwalam jej wejść we mnie, jakoś mnie ukierunkować, naruszyć moją konstrukcję, balans. To małe zmiany, nazywam je poszerzaniem osobowości. Wierzę, że każdy mógłby być każdym, w zależności od sytuacji w jakiej się znajdzie. A ja bardzo Lubię wchodzić w te alternatywne światy, i szukać w nich nowych wersji siebie. 

Jaki mogłabyś podać przykład?

W zeszłym roku grałam w serialu BBC, w którym miałam scenę topienia się. Musiałam do tego nauczyć się pływać – to taki fizyczny przykład. 

W każdej roli jest jakiś temat przewodni. Gdy grałam w islandzkim thrillerze takim tematem mojej postaci był ból. Ta, jak każda inna rola, nauczyła mnie bycia bardziej uważną, poszerzania horyzontów, zmieniania perspektywy. Obserwowanie postaci w które się wcielam uczy mnie też relacji międzyludzkich, wyciągam wnioski z tego jak one wyglądają u bohaterów. Uczę się dostrzegać i doceniać to co mam. (To trochę jak lektura książki o psychologii z ćwiczeniami Stanisławskiego.)

aktorka Ania Próchniak

Wspomniałaś o uważności a poznałyśmy się dzięki jodze. Zauważyłam, że istnieje nieoficjalny podział na osoby praktykujące z potrzeby duchowej lub czysto fizycznej. Z którą się bardziej utożsamiasz?

Od wczesnego dzieciństwa uprawiałam sport, także taniec. Jogę zaczęłam praktykować 12 lat temu na studiach. Przez taniec nabawiłam się kontuzji, wielu rzeczy nie mogę już robić, nie powinnam zbyt dużo biegać, jeździć na rowerze, wspinać się. Moje stawy są już mocno zużyte. Joga pozwala praktykującemu ją samodzielnie dostosować intensywność ćwiczeń do aktualnych możliwości jego ciała.  Nie ma tutaj też wyścigu, nikt nie będzie mistrzem świata. Moje ciało jest przyzwyczajone do ruchu, tęskni za nim, potrzebuje go i ponieważ nie tańczę już po kilka godzin dziennie to muszę o nie zadbać w inny sposób. 

Z drugiej strony joga, jeśli dobrze ją rozumiesz, pomaga Ci odpocząć i odpuścić. Ja Zaczynałam od ashtangi, która jest najbardziej wymagającym systemem,  podobnym do treningu siłowego. Tylko dzięki takiemu fizycznemu wysiłkowi byłam w stanie wyłączyć mój kontrolujący umysł, Ashtanga  wymaga skupienia się się na konkretnym ćwiczeniu. Składa się ono z miliona elementów, ale nie możesz się rozproszyć, bo stracisz równowagę. Joga pomogła mi w wielu momentach kryzysowych, stresowych, w końcu zrozumiałam, że nie muszę się koniecznie „zajechać”, żeby umysł zrobił sobie drzemkę. Joga pozwala Ci usiąść na widowni, spojrzeć na Twoją sytuację z zewnątrz – z innej perspektywy, popatrzeć na to ciało, które wykonuje ruchy w sekwencjach. I to pomaga zdystansować się, zostawić cały bagaż emocjonalny, który wróci oczywiście po zakończeniu praktyki,  ale nie będzie robił już na Tobie tak wielkiego wrażenia. Szukam tego dystansu w pracy i w życiu, bo nie chcę funkcjonować w nieustannym skurczu kontroli. Wywodzę się z baletu, gdzie wszystko musi być napięte, w balansie – pewnie wybrałam go jako dziecko, bo takie miałam predyspozycje. To oczywiście bardzo przydało mi się w aktorstwie, zdobyłam narzędzia, dzięki którym wiem jak sobie radzić. A teraz jestem gotowa jednak odpuścić, poddać się intuicji zamiast rozumowi. Kiedy wstaję z maty, myślę sobie „Czym ja się tak przejmowałam wcześniej? Po co to napięcie?”. 

Także jestem chyba pośrodku tych grup, łączę oba benefity. 

Należysz do grupy świeżo upieczonych 30-latków. Jakie zauważyłaś zmiany w swoim sposobie postrzegania świata w porównaniu do siebie sprzed 10 lat?

Zawsze byłam w trudnej pozycji, bo wyglądałam bardzo młodo, a miałam dojrzały umysł, skomplikowaną psychiczną konstrukcję. Ciekawy był ten dysonans i  wielu reżyserów doceniło to w moich rolach. Mimo, iż jest to wyjątkowe, to jednak chciałabym wreszcie  dorosnąć. Ale wszystko w swoim czasie! Mogę teraz grać spektrum dwudziesto-kilkuletnich dziewczyn i obawiam się z kolei, że gdy przekroczę tę granicę i zacznę grać poważniejsze, dojrzalsze role, to nie będzie juz odwrotu. Widzę, że moi znajomi dorastają, kończą trzydzieści-parę lat i już nie będą młodsi (śmiech). Mówią mi, że czas szybko leci, a ja się nie zgadzam. Tyle rzeczy się dzieje, jest tak intensywnie. Postrzegam przemijanie i mijający czas jako profit. 

“Zawsze byłam w trudnej pozycji, bo wyglądałam bardzo młodo, a miałam dojrzały umysł, skomplikowaną psychiczną konstrukcję. Ciekawy był ten dysonans i  wielu reżyserów doceniło to w moich rolach. Mimo, iż jest to wyjątkowe, to jednak chciałabym wreszcie  dorosnąć.” – Ania Próchniak

Im jestem starsza, tym mniej się przejmuję, coraz mniej jest we mnie poczucia zazdrości czy potrzeby rywalizacji i porównywania się z innymi. To wynika z tego, że coraz bardziej dostrzegam swoją wartość i uważniej siebie słucham, ale też jest mi coraz bardziej obojętne to, co myślą o mnie inni. Ja chcę być dla siebie najważniejsza, chcę robić to, w co wierzę i nikt nie ma prawa mi powiedzieć, że to jest złe.

Ania Próchniak. Zdjęcia: Natalia Kontraktewicz

Wspomniałaś również, że chronisz swoją prywatność. Czy nie jest tak, że artyści, aktorzy, wokaliści muszą publikować regularnie w mediach społecznych i dbać o bezpośrednie relacje z fanami dla lepszego rozwoju swojej kariery?

Aktorzy mają w sobie sporo zarówno ekstra- jak i introwertyzmu, dlatego czasem działają niespójnie, sprawiają wrażenie jakby byli nie jedną – ale wieloma osobami. We mnie z introwertyka jest sporo. Nie potrzeba mi kamery, ukazującej kulisy życia i pomocy w promocji, która zresztą może za chwile obrócić się przeciwko mnie. Jeśli moja kariera ma się słabiej rozwijać z tego powodu, to niech tak będzie. Kocham moją pracę, wkładam w nią dużo siebie, ale niech ona pozostanie pracą. To już jest wystarczający ekshibicjonizm. Mogę dać widzom zarejestrowane przez kamerę emocje, często bardzo intymne, delikatne i wymagające. To jest prawdziwa wartość. Czasem wystarczająco trudno jest nam radzić sobie ze swoimi problemami, nie potrzebujemy do tego oka, które będzie wszystko oglądało i oceniało. Chronię moją prywatność i uważam, że jest to bardzo cenne. Wierzę, że to ode mnie będzie zależało jak moja kariera się potoczy – czy będę wykonywać swoją pracę, z sercem, szczerze i konsekwentnie. Czy pozwolę sobie czasem odpuścić i pokieruję się intuicją. Bo z tego co zauważyłam, ona nigdy nie kłamie.

To bardzo inspirujące. Dziękuję Ci, Aniu, za rozmowę. 

Rozmawiała/zdjęcia: Natalia Kontraktewicz

do Góry